Pamiętnik Perełki

Print

ks. Marek Dziewiecki
Wydawnictwo Jedność, Kielce 2003

Pamiętnik Perełki

Mój drogi pamiętniku,
nie mogłam przewidzieć tego, co się stało. Mam nadzieję, że potrafisz to zrozumieć. Jesteś moim przyjacielem i powiernikiem. O niektórych wydarzeniach i przeżyciach opowiedziałam tylko tobie. Ale któregoś dnia zrozumiałam, że czasem trzeba się dzielić z innymi ludźmi właśnie tym, co jest dla nas najcenniejsze. Nawet najwspanialszymi przyjaciółmi i powiernikami.
Wszystko zaczęło się pewnego lipcowego poranka, kiedy zadzwoniłam do Kingi i rozmawiałam z jej mamą. Zrobiło mi się wtedy śmiertelnie przykro. Wiedziałam, że jestem jedyną koleżanką w klasie, której Kinga zwierzała się ze swoich przeżyć i której opowiadała o sytuacji w swoim domu. Postanowiłam dać jej znak, że ona też jest dla mnie kimś bardzo ważnym i że jej całkowicie ufam. Pomyślałam, że najlepszym znakiem byłoby pokazanie jej właśnie ciebie, mój drogi powierniku. A później stało się coś, czego się zupełnie nie spodziewałam. Po kilku dniach Kinga powiedziała, że ma ogromną prośbę. Chce pokazać mój pamiętnik swojej mamie. Ja się przeraziłam podwójnie. Przestraszyła mnie myśl, że jeszcze ktoś poza Kingą będzie czytał o moich przeżyciach. A poza tym pamiętałam, że w pamiętniku pisałam w kilku miejscach o niej i o jej rodzinie. Powiedziałam więc koleżance, że się nie zgadzam na pokazanie ciebie komukolwiek innemu. Ustąpiłam dopiero wtedy, gdy Kinga spojrzała mi tak przejmująco głęboko w oczy i gdy powiedziała, że mój pamiętnik może bardzo pomóc jej mamie. Później ustępowałam jeszcze wielokrotnie. Ale pamiętasz chyba, że za każdym razem szczerze cię przepraszałam.
Jeśli te wszystkie tłumaczenia cię nie przekonują, to mam jeszcze jedno usprawiedliwienie. Chodzi o taki drobiazg, jakim jest uratowanie ci życia. Kiedy zwróciła mi ciebie Helenka, to byłeś już tak zniszczony, że tylko skórzana oprawa trzymała się jeszcze dzielnie. Niektóre strony miały zupełnie wytarte dolne różki, a na wielu kartkach pojawiły się pofalowania i fantazyjnie rozmazane wyrazy. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozlał tam troszeczkę herbaty, albo jakby upadły tam czyjeś łzy. Wtedy tatuś mi powiedział, że teraz mogę ocalić ciebie już tylko w jeden sposób. I w takich właśnie okolicznościach zgodziłam się na wydrukowanie tego, co w tobie zapisałam. Mam nadzieję, że teraz mnie rozumiesz i że się nie gniewasz.

Początkująca nastolatka

3 lipca, środa

Mimo że w czasie wakacji nie muszę wcześnie wstawać, to dzisiaj obudziłam się już przed siódmą. Przez całą noc przekręcałam się z boku na bok i długo nie mogłam zasnąć. W mojej głowie pojawiało się mnóstwo myśli i wspomnień, a serce pulsowało zmiennymi nastrojami. Wcale nie dziwiłam się tej bezsenności. Przecież właśnie dzisiaj zaczynałam kolejne, a dokładnie drugie już dziesięciolecie mojego życia. Budząc się, nie miałam jeszcze pojęcia, że będzie to dzień, w którym zacznę pisanie pamiętnika.
Postanowiłam pozostać jeszcze w moim wygodnym łóżeczku pod kołdrą, z której uśmiechało się do mnie bawełniane słoneczko. Byłam trochę zaciekawiona, czy ktoś będzie pamiętał o moich urodzinach. Mama jest dzisiaj daleko od domu. Przedwczoraj pojechała w delegację aż do Sarajewa. Prababcia odmawia rano długie modlitwy w swoim pokoju, a poza tym ona uznaje tylko imieniny. Babcia na pewno od świtu jest już w ogrodzie, aby zbierać szybko dojrzewające śliwki. Tata już przed szóstą musiał pojechać do pracy, a Konradek (to mój pięcioletni braciszek) na pewno będzie spał przynajmniej do godziny dziesiątej. Prawdopodobnie nawet nasze obydwa pieski opuściły swoje posterunki na podwórku i galopowały w tej chwili po ogrodzie. To był dla Torreadora i Gladiatora ulubiony sposób na poranną gimnastykę.
Przecierając ociężałe nieco powieki uświadomiłam sobie moją samotność początkującej nastolatki. Zanuciłam półgłosem ulubioną piosenkę, aby odgonić smutek, który – zupełnie nieproszony – zaczął krążyć po moim pokoju. A dokładnie to w moim sercu. I w tym właśnie momencie ktoś niespodziewanie zapukał do drzwi. Zdumiona powiedziałam: „proszę”. W drzwiach pojawił się tatuś z szerokim uśmiechem na twarzy i z bukietem czerwonych róż w rękach (później policzyłam, że było ich jedenaście). Jeszcze bardziej zdumiona zapytałam, dlaczego nie pojechał do pracy. Tata wyraźnie ucieszył się moim zdumieniem i powiedział: „Córeczko, nie pytaj dlaczego, tylko dla kogo nie pojechałem do pracy? Już kilka tygodni temu poprosiłem o urlop na ten dzień, w którym moja Perełka stanie się początkującą nastolatką”. Nie zdziwiło mnie to, że tata powiedział do mnie „Perełko”, a nie „Marysiu”, bo często się tak do mnie zwracał. Ale zdziwiłam się, że nazwał mnie początkującą nastolatką, a więc dokładnie tak samo, jak ja przed kilkoma minutami nazwałam siebie we własnych myślach...
Tatuś serdecznie mnie przytulił i pocałował, a potem życzył, bym przez całe życie była pewna, że wszyscy moi bliscy mnie kochają. No i żebym uczyła się kochać innych ludzi, bo wtedy będę prawdziwą kobietą i będę całkiem szczęśliwa. Po tych życzeniach wręczył mi róże i piękną torebkę w moich ulubionych pastelowych kolorach. W środku byłeś właśnie ty, mój drogi pamiętniku. Miałeś miękką, jasnobrązową skórzaną okładkę, a wejścia do środka strzegła urocza, srebrzysta kłódeczka. Bardzo się ucieszyłam, że odtąd moim prywatnym przyjacielem będzie nie tylko pluszowy miś, ale też tajemniczy, skórzany pamiętnik zamykany na jedyny kluczyk, jaki był dołączony do kłódki.
Nie mogłam jednak długo się tobą cieszyć, bo tata zaprosił mnie na uroczyste śniadanie, wykonując przy tym gest kelnera z najbardziej ekskluzywnej restauracji. W kuchni czekała babcia, odświętnie ubrany braciszek, a także Torreador i Gladiator. Odniosłam nieodparte wrażenie, że oba pieski bardziej uroczyście niż zwykle machały ogonami na mój widok. Konradek wręczył mi bukiecik kwiatuszków, które zdążył już przynieść z ogródka, a w dodatku przyrzekł mi, że wyjątkowo dzisiaj nie będzie mi dokuczał. „Przynajmniej do południa” – dodał po chwili, abym nie spodziewała się jakiegoś nadzwyczajnego cudu. Z kolei babcia mocno mnie przytuliła i wycałowała. Trochę zaczepnie powiedziała, że od dzisiaj wyglądam na jedenaście lat. „Ale naprawdę to jesteś dużo starsza, bo właśnie dzisiaj skończyłaś jedenaście lat i dodatkowo dziewięć miesięcy, które spędziłaś w mamusi brzuszku” – wyjaśniła. Właśnie dlatego według babci powinnam obchodzić urodziny na początku listopada.
W tym momencie odezwał się telefon. Czułam, że to do mnie ktoś dzwoni. Może z Sarajewa? Podbiegłam do słuchawki i okazało się, że kobieca intuicja mnie nie zawiodła. Mama powiedziała mi, że tej nocy nie mogła zasnąć, bo cały czas myślała o mnie i przykro jej było, że nie może być teraz obok mnie. Po białej słuchawce spływały chyba nie tylko moje łzy. Mamusia życzyła mi, abym coraz bardziej cieszyła się sobą, własnym życiem i oczywiście moimi bliskimi, którzy mnie bardzo kochają. Chciała jeszcze coś dodać, ale usłyszałam tylko dziwne trzaski i połączenie telefoniczne zostało przerwane...
Tymczasem babcia już niecierpliwie czekała, aby wręczyć mi prezent. Mimo że za oknem już od paru godzin trwał kolejny, upalny dzień, to wręczyła mi... wełniany szalik, który po kryjomu przez kilka wieczorów robiła dla mnie na drutach (szaliki najlepiej jej wychodzą). Gdy Konradek zobaczył prezent, stanowczym tonem powiedział, że na letnie urodziny nie powinno się wręczać zimowych prezentów. Babcia jednak nie dała za wygraną i powiedziała równie stanowczo: „Przecież wam przed chwilą wyjaśniałam, że Marysia pojawiła się w mamusi brzuszku na początku listopada, a to najlepszy okres, by podarować komuś wełniany szalik”. Mój brat nie wydawał się całkiem usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, ale nie zdążył zaprotestować, gdyż właśnie wtedy weszła do kuchni prababcia, która ma równie piękne imię, co ja. Pocałowała mnie kilka razy i wręczyła w prezencie książkę. „To jest o takiej małej Ani, która była bardzo zaprzyjaźniona z Panem Bogiem i od której możesz się dużo dobrego nauczyć” – powiedziała i pocałowała mnie raz jeszcze.
Mój drogi pamiętniku, nie dziwisz się chyba, że zapisałam dzisiaj aż tyle wspomnień. To był przecież niezwykły dzień w moim życiu. Uroczyście przyrzekam, że nie każdego dnia będę ciebie tak bardzo męczyć, jak dzisiaj. Mam nadzieję, że pod moją poduszką szybko teraz zaśniesz, aby dobrze odpocząć. Możesz najpierw kilka razy ziewnąć na całą rozpiętość twoich pięknych okładek. Przepraszam, że kładę cię trochę z boku. To tylko dlatego, że nie lubię spać na czymś twardym.

Stanowcza deklaracja

4 lipca, czwartek

Coraz bardziej tęsknimy za mamą. Konradek nie jest już w stanie tego dłużej ukrywać. Co chwilę zagląda do kuchni i najpierw ogląda kartkę w kalendarzu z napisem „piątek, 5 lipca”, a po chwili zagląda do zamrażalnika i spogląda zaczepnie w kierunku babci. Ona stała się obecnie dla niego drugą mamą i rozpieszcza go podwójnie, a czasem nawet potrójnie. Wszystko mu teraz wolno i to jest dla niego jedyna pociecha w oczekiwaniu na powrót mamusi.
Wieczorem doszło nawet do tego, że Konradek jadł swoje ulubione lody zamiast kolacji. Gdy tata trochę zdziwił się z tego powodu, wtedy mój braciszek z pełna powagą wyjaśnił, że ma na to oficjalne pozwolenie od babci. „A jak będę już duży, to się z babcią ożenię” – oznajmił, licząc prawdopodobnie na lodową dokładkę. „Ależ syneczku, nie możesz ożenić się z moją mamą” – zaapelował tata do jego zdrowego rozsądku. „A ty z moją mogłeś?” – zapytał rezolutnie Konradek i otrzymał od babci dodatkową porcję lodów.
Pomyślałam sobie, że to niesprawiedliwe, bo mój dziadek już nie żyje. Umarł, gdy miałam siedem lat i doskonale pamiętam, że codziennie częstował mnie moją ulubioną czekoladką mleczną, a czasem także lodami. Przed chwilą zwierzyłam się tacie z tego, że tęsknię nie tylko za mamą, ale też za dziadkiem. „Niestety, płeć silniejsza żyje dużo krócej niż płeć słabsza” – wyjaśnił mi tata i dziwnie się zamyślił. A ja pomyślałam sobie, że życie niesie wiele niespodzianek i tajemnic. Kto by pomyślał, że najsilniejsza jest słaba płeć, czyli ja.

Powrót mamy

6 lipca, sobota

Wczoraj Konradek co chwilę przypominał tacie, żeby już jechał na lotnisko, bo może samolot z Sarajewa przyleci przed czasem. I choć na Okęcie jedzie się od nas tylko godzinę, tata postanowił wyjechać z domu już trzy godziny przed planowanym przylotem samolotu. Babcia powiedziała, że to przesada, ale on wyjaśnił, że mężczyźni powinni czekać na swoje księżniczki. Jestem dumna z tego, że mój tata często mówi do mamusi „księżniczko”. A jak jest w wyjątkowym nastroju, to mówi: „principessa”. Zwłaszcza wtedy, gdy odwiedza nas Juan. To prawdziwy Włoch, ale ma hiszpańskie imię, bo jego rodzice pochodzą z Argentyny.
Rodziców zobaczyłam dopiero dzisiaj rano, bo wczoraj zdecydowali się prosto z lotniska  pojechać do szpitala, by odwiedzić znajomego, który został ranny w wypadku samochodowym. Do późnego wieczoru czytałam książkę, którą dostałam na urodziny od prababci. Miałam nadzieję, że mimo wszystko doczekam się powrotu mamy, której nie widziałam już przecież prawie tydzień. Nie wiem nawet, kiedy zasnęłam.
Dzisiaj od rana mama opowiadała o Sarajewie. Kilka lat temu przez tysiąc dni trwało oblężenie tego miasta, które jest położone między górami i dlatego łatwo można tu zablokować dostawę wody i żywności. W czasie wojny niektórzy mieszkańcy umierali w mieście z głodu. Jeden z pracowników w hotelu powiedział mamie, że schudł wtedy o dwadzieścia siedem kilogramów. Mama przywiozła ze sobą album o Bośni i Hercegowinie oraz kilka pocztówek z Sarajewa. W moim pokoiku postawiłam sobie na szafce jedną z takich pocztówek. Widać na niej wieżowiec, w którym są wielkie dziury po bombardowaniach. Mimo to na sąsiednich piętrach mieszkają ludzie i toczy się normalne życie. 
Niestety, nie mieliśmy dużo czasu na słuchanie opowiadań o Sarajewie, gdyż od rana pełną parą trwały przygotowania do jutrzejszego oficjalnego świętowania moich urodzin. Zaprosiłam sporo koleżanek i dwóch kolegów. Jeszcze przed wyjazdem do Sarajewa zdecydowałyśmy, że zaproszę wszystkich dopiero na niedzielę, aby mama mogła osobiście zrobić mój ulubiony tort bezowy i pomóc mi w wymyśleniu urodzinowej fryzury.

Garden party

7 lipca, niedziela

Dzisiaj po południu, nie zważając na straszny upał, przyszły wszystkie zaproszone koleżanki. Trochę później zjawił się Dominik, a tuż po nim Tomek, który jest jego kolegą z klasy. Obydwaj uroczyście przedstawili mi się jako „świeżo upieczeni absolwenci szkoły, do której ty nadal musisz chodzić”.
Każdy z gości przyniósł jakiś sympatyczny prezent. Ogromnie ucieszyłam się zwłaszcza dwoma książkami, gdyż bardzo lubię czytać. Przy składaniu życzeń najbardziej jąkał się Dominik. Był prawie tak samo czerwony jak dzisiejsze słońce. On jest o dwa lata starszy ode mnie, a mimo to w szkole widzimy się prawie na każdej przerwie. Kilka razy Dominik odprowadził mnie po lekcjach pod sam dom, chociaż to wcale mu nie po drodze. Dzisiaj życzył mi dużo szczęścia i wręczył pocztówkę z napisem: „Dla tej jedynej”. Byłam tym tylko odrobinę wzruszona, bo akurat wczoraj Kasia, jego koleżanka z klasy, powiedziała mi, że podczas czerwcowej wycieczki szkolnej do warszawskiego ZOO kupił on osiemnaście takich pocztówek.
Urodzinowe przyjęcie zaczęło się w naszej ogrodowej altance. Było tu trochę mniej duszno niż w domu. Jako początkująca wprawdzie, ale przecież już nastolatka, poczułam się w obowiązku, by wszystkich gości oficjalnie powitać. Chciałam to zrobić w oryginalnej formie, więc powiedziałam, że zapraszam do udziału w garden party. „Witajcie na uczcie w krzakach” – tak Tomek przetłumaczył moje powitanie. On był zawsze trochę złośliwy, a poza tym angielski nie jest jego najsilniejszą stroną. Zresztą polski też nie.
Centralnym punktem urodzinowego przyjęcia miało być wniesienie tortu bezowego z jedenastoma świeczkami, które powinnam zgasić jednym dmuchnięciem. Bałam się, że z wrażenia nie zdmuchnę nawet jednej świeczki, ale okazało się, że moje obawy były przedwczesne, gdyż do akcji wkroczył mój kochany braciszek. Uparł się, że to właśnie on przeniesie tort z lodówki do altanki. Aby przemarsz nie trwał zbyt długo, Konradek postanowił pójść przez podwórko na skróty. Zapatrzony w tort i świeczki zapomniał, że po drodze do altanki znajduje się jeziorko, nazywane przez nas oczkiem wodnym. Jest ono tak niewielkie, że nawet trudno je zauważyć, a tym bardziej do niego wpaść. Ale dla ludzi genialnych wszystko okazuje się możliwe. Konradek znalazł się dokładnie w jego środku, twarzą do przerażonych rybek. Na ich szczęście tort wylądował tuż obok jeziorka. Mój wspaniały tort urodzinowy mógł odtąd stanowić obiekt zainteresowania jedynie dla Gladiatora. Torreador – jak samo imię wskazuje – interesuje się na ogół dietą o znacznie większej zawartości mięsa.
W tej sytuacji nie musiałam już gasić świeczek, a mama nie musiała zmywać talerzyków po torcie. Goście zadowolili się sokami, wodą mineralną, owocami oraz słonymi paluszkami, których Konradek dziwnym trafem nie zauważył wcześniej w kredensie. Dominik cały czas pomagał mi pełnić honory gospodarza domu i częstował gości tym, co było na stole. Wpadkę miał dopiero pod wieczór, gdy mama zaserwowała nam lody, które w międzyczasie tata przywiózł ze słynnej lodziarni po drugiej stronie rzeki. Dominik zaczął wtedy podawać łyżeczki odwrotnym końcem. Jeśli zrobi to kiedyś jeszcze raz, to chyba się odkocham.

PS. Drogi pamiętniku, z tym odkochaniem to mi się tylko tak napisało, bo ja nie jestem przecież w nikim zakochana. Ja tylko lubię Dominika, bo jest grzeczny i nawet nie przeszkadza mi mówić. Ty jesteś taki nowy i czyściutki, dlatego nie chcę kreślić ani zamazywać tego, co mi się napisało. Chcę tylko, byś wiedział, że to było tylko przejęzyczenie z mojej strony. Jeśli jesteś inteligentny, to na pewno zrozumiesz.

Czy pójdziemy do ZOO?

11 lipca, czwartek

Po południu Konradek bawił się w altance z Jureczkiem. Obaj od dwóch lat chodzą do tej samej grupy w przedszkolu. Dzisiaj postanowili rozegrać zawody w rzucie oszczepem. Skończyło się jednak na pierwszej próbie w wykonaniu Jurka. Ale nie dlatego, że trafił on w okno od garażu (jak w zeszłym tygodniu), lecz dlatego, że Gladiator potraktował lądujący „oszczep” jako swój łup. Zresztą dokładnie na ten sam pomysł wpadł Torreador. Psy dopadły cenną zdobycz jednocześnie i w żaden sposób nie pozwoliły jej sobie wyrwać z potężnych kłów, których nie powstydziłby się nawet porządny wampir.
W tej sytuacji dzielni lekkoatleci postanowili wymyślić jakąś inną grę. Po chwili Konradek wbiegł do domu i spytał babci, czy mamy jeszcze banany. Babcia się trochę zdziwiła, bo mój braciszek nie przepada za tymi owocami. Zdecydowanie bardziej woli lody. Ale on wyjaśnił, że bawi się teraz z Jurkiem w ZOO. Kolega będzie udawał małpę, a on ma udawać tego pana, który w ZOO karmi zwierzęta.

W czasie kolacji Konradek zapytał tatę, czy możemy w niedzielę pojechać do ogrodu zoologicznego. Tata spojrzał na niego z nieukrywanym zdumieniem. „A po co? Jeśli chcesz, żeby ludzie oglądali twoje zachowanie, to niech tu przyjdą” – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. W mojej roztropności postanowiłam pominąć milczeniem fakt, że ja również marzyłam o wycieczce do ZOO.

Wakacyjny kompromis

15 lipca, poniedziałek

Dzisiaj było wielkie pakowanie. Jutro wyjeżdżamy wreszcie na wakacje! W sadzie dużo pracy będzie dopiero od sierpnia, kiedy zaczną dojrzewać jabłka. Ale na razie czeka nas dwa tygodnie wypoczynku. Babcia będzie się opiekować prababcią, a Gladiator i Torreador przypilnują domu i sadu.
Jedynym problemem była trwająca już od kilku tygodni dyskusja o tym, dokąd powinniśmy pojechać, aby dobrze odpocząć (wczoraj oglądałam z rodzicami film „Quo vadis”, więc już odróżniam „gdzie” i „dokąd”). Mama chciała odpoczywać nad morzem, a tata wolał jechać w góry. Dyskusje ucichły kilka dni temu, gdy mama zaproponowała tacie pójście na kompromis. „Pojedziemy wprawdzie nad morze, ale ty możesz zabrać ze sobą buty do wspinaczki górskiej” – powiedziała wyraźnie dumna ze swojej wspaniałomyślności. Mimo to tatuś chyba nie był zachwycony tym kompromisem, gdyż bez entuzjazmu powiedział: „Dobrze”. I nie dodał „Księżniczko!”. A to znaczyło, że nie był w tym momencie w najlepszym nastroju.
Widząc poczucie porażki w oczach taty pomyślałam sobie, że muszę go koniecznie pocieszyć. „Nad morzem spotyka się czasem plaże z wydmami, po których można się wspinać prawie tak, jak po górach” – powiedziałam z nutką nadziei w głosie. „Masz rację, Marysiu”, odpowiedział tatuś, nie nazywając mnie tym razem Perełką. Udałam, że prawie tego nie zauważyłam.

Rozstanie

16 lipca, wtorek rano

Mój drogi pamiętniku, zwykle zaglądam do ciebie dopiero wieczorem, ale dzisiaj robię wyjątek, gdyż chcę ci powiedzieć, że musimy się rozstać na dwa tygodnie. W czasie śniadania tatuś mi powiedział, że pod namiotem możesz zginąć albo zostać zalany deszczem. Pozwolisz, że zabiorę ze sobą misia, ale jego mogę mieć przy sobie także na plaży. A poza tym, jeśli się zabrudzi czy zmoknie, to mogę go wykąpać i wysuszyć. Z tobą byłoby gorzej. Ale nie martw się. W moim pokoiku jesteś bezpieczny, a za dwa tygodnie znowu się zobaczymy. Na wszelki wypadek zamknę cię jeszcze na kłódkę.

PS. Mojego kochanego pianina też nie zabieram nad morze. Może to cię przekona, że jestem rozsądna i że nie masz powodów, by być zazdrosnym.

Znowu w domu

31 lipca, środa

Mój kochany pamiętniku, bardzo się za tobą stęskniłam. Tata miał rację, że namiot i morze to nie jest bezpieczne miejsce dla ciebie. Zwłaszcza wtedy, gdy prawie codziennie pada deszcz. Mama nas pocieszała, że dzięki temu nie dostaniemy udaru słonecznego. No i że zaoszczędzimy na kremach z filtrem przeciwsłonecznym. Za ciężko zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mogliśmy kupić dwie dodatkowe parasolki, a Konradek dostał dużą porcję lodów.
Tata codziennie patrzył w kierunku południowej Polski i mówił półgłosem, że w górach jest chyba teraz ładna pogoda. Po ośmiu dniach deszczu odważył się nawet nieśmiało zaproponować, byśmy pojechali do Zakopanego. Mama nie zareagowała. Tylko Konradek krzyknął: „Hurra! Jedziemy do zakopanego!”. A po chwili spytał tatusia: „A wiesz kogo zakopali i gdzie?”. Tym razem tata nie zareagował.
Jedenastego dnia deszczu mama westchnęła i powiedziała do taty: „Jak to dobrze, że poszliśmy na kompromis i że pozwoliłam ci wziąć te górskie buty. Bo kto by teraz chodził po zakupy, albo kto by okopywał namiot, żeby woda nie dostawała się do środka. A poza tym słońce działa szkodliwie na cerę”.
Trzynastego dnia stał się cud. Nagle niebo się wypogodziło i zdumiało nas swym nieskazitelnym błękitem. Od rana mocno przygrzewało słońce, a namiot zaczął schnąć dosłownie w oczach. Zaraz po śniadaniu Konradek wziął wiaderko z łopatką i dołączył do grupy dzieci budujących ogromny zamek z mokrego jeszcze piasku. Tata pojechał do warsztatu samochodowego, aby przygotować nasz samochód do jutrzejszej podróży.
Przez kilka godzin wygrzewałam się z mamą na słońcu z nadzieją, że jutro obie wrócimy do domu ze wspaniałą morską opalenizną. Nasze oczekiwania nie były całkiem bezpodstawne. Przecież po dwóch tygodniach deszczu nasza skóra stała się śnieżno biała, a my nie miałyśmy żadnego kremu z filtrem przeciwsłonecznym. Ostatniego dnia nie opłacało się już robić takiej inwestycji.
Przerwę w opalaniu zarządził Konradek, który zgłodniał po kilku godzinach lepienia zamków z piasku. Po zjedzeniu zupy pomidorowej z kluskami mój braciszek postanowił znowu budować piaskowe warownie, a ja z mamą powróciłam do wygrzewania się na słoneczku. Już po kilku minutach zapadłyśmy w zasłużoną popołudniową drzemkę, z której trzy godziny później wyrwał nas tata. Okazało się, że obie z mamą miałyśmy dziwnie czerwoną skórę, a za chwilę pojawił się dodatkowo trudny do ukrycia ból głowy. „Powstrzymam się od komentarza” – stwierdził tata. Doradził tylko, byśmy natychmiast schroniły się do cienia i odszedł szybkim krokiem w nieznanym kierunku. Po paru minutach wrócił z dwoma dużymi reklamówkami w ręku. W jednej było kilka opakowań zsiadłego mleka, a w drugiej mnóstwo wody mineralnej. Kazał nam to wszystko wypić, a resztą zsiadłego mleka natarł nas od stóp do głów. Chwilę później wezwał lekarza.
Mimo wszystko wczoraj wieczorem szczęśliwie dotarliśmy do domu. W altance czekała na nas babcia, prababcia, Gladiator i Torreador oraz nasz pan doktor, który opiekuje się naszą rodzinką. Teraz rozumiesz, mój pamiętniku, że wczoraj byłam zbyt zmęczona, aby opowiedzieć ci o wakacyjnym odpoczynku. Resztką sił ucałowałam ukochane pianino, podziękowałam Panu Bogu za szczęśliwy powrót i poszłam spać. Pamiętam tylko, że ciągle bolały mnie spieczone plecy i że śniły mi się wakacje na Antarktydzie.

Harcerze i wolność

1 sierpnia, czwartek

Po południu odwiedził nas pan Roman, który był przyjacielem mojego zmarłego dziadka. Jako harcerz brał udział w powstaniu warszawskim. „To było dokładnie pięćdziesiąt osiem lat temu” – powiedział, „a pamiętam tamten pierwszy dzień nadziei tak, jakby to było dzisiaj rano”. Pijąc zieloną herbatę nasz gość zaczął opowiadać o pierwszych starciach z wojskami niemieckimi i o czekaniu na szybką pomoc z różnych stron Europy. Nie wszystko rozumiałam z tego, co mówił, ale łzy w jego oczach sprawiły, że ja też bardzo się wzruszyłam tą historią i byłam dumna, że mogę siedzieć obok bohatera.
Tymczasem Konradek najpierw dawał oznaki zaniepokojenia, a następnie zniknął w ogrodzie. Po powrocie wyjaśnił, że poszedł sprawdzić swoją bazę danych. „Interesujesz się komputerami?” – spytał pan Roman. Nasz gość nie wiedział, że w języku mojego brata „baza danych” to wszystkie tajemne miejsca na podwórku, gdzie przechowuje „broń” na wypadek najazdu ze strony wroga; broń, czyli małe kije, a nawet łodygi roślin, które w fantazji Konradka przekształcają się w karabiny, czołgi, samoloty, a także okręty podwodne.
Kiedy pan Roman zaczął dawać znaki, że zamierza już wracać do domu, odważyłam się powiedzieć, że ja też jestem harcerką. Żałuję tylko, że harcerze nie mają teraz okazji, by sprawdzić swoją odwagę i wytrwałość tak, jak tamci z czasu wojny. Pan Roman uśmiechnął się do mnie i zapytał, czy ktoś w naszym hufcu harcerskim pali papierosy albo pije alkohol. Powiedziałam z dumą, że nie, bo taka jest prawda. Wtedy pan Roman uśmiechnął się jeszcze bardziej i powiedział, że to jest właśnie dowód prawdziwego bohaterstwa. „Trudniej jest obronić własną wolność, niż walczyć w obronie Ojczyzny. Jeśli świat jest podobny do takich harcerzy jak wy, to możemy mieć jeszcze nadzieję na dobrą przyszłość” – powiedział na pożegnanie, a tata odprowadził go do samej furtki. Dzięki tej wizycie zrozumiałam, że można stracić wolność nawet wtedy, gdy żadne wojska nieprzyjacielskie na nas nie napadają. Szkoda, że w mojej klasie jest tak mało harcerzy.

Wysłuchana prośba

5 sierpnia, poniedziałek

Konradek chyba się trochę boi osobiście rozmawiać z Panem Bogiem. Gdy chce Mu coś powiedzieć, to zwykle prosi rodziców, aby powiadomili Go o tym w jego imieniu. Na przykład w zeszłym roku przez cały sierpień prosił rodziców, aby przekonali Pana Boga, że powinien przenieść Andrzejka do innej grupy przedszkolnej.
Bóg wysłuchał tej prośby dopiero po roku. Właśnie dzisiaj nasza sąsiadka przyniosła wiadomość, że Andrzejek został przeniesiony do innego przedszkola. „Nareszcie” – krzyknął Konradek i z nieukrywaną radością zaczął skakać po wersalce. To była chyba jego modlitwa dziękczynna.
Wieczorem braciszek powiedział mi w tajemnicy, że odtąd Bóg może się uważać za jego wujka i że teraz będzie już z Nim osobiście rozmawiał o swoich sprawach. Jak się zapewne domyślasz, drogi pamiętniku, Konradek nazywa wujkami tych, których lubi i którzy zdobyli jego zaufanie. A to znaczy, że na zaszczytny tytuł wujka trzeba sobie dobrze zasłużyć. No i że łatwo ten tytuł stracić.

Rodzinna narada

6 sierpnia, wtorek

Dzisiaj rano Konradek przypominał nam w czasie śniadania, że powinniśmy iść do kościoła. „Czy w święto Przemienienia Pana Jezusa chcesz się przemienić w grzecznego chłopca?” – z pewną nadzieją w głosie spytał tata. Mój braciszek szybko rozwiał jego wątpliwości. Okazało się, że chodziło mu o coś zupełnie innego. „Muszę w kościele porozmawiać z Panem Bogiem w bardzo ważnej sprawie” – powiedział tajemniczo. Jednak za nic na świecie nie chciał zdradzić, o czym ma być ta rozmowa.
Po powrocie z kościoła, a dokładnie w czasie jedzenia jagód ze śmietaną (z dodatkiem lodów), Konradek przyznał się, że prosił Pana Boga o złe plony w naszym sadzie. Gdy rodzice zdołali nieco ochłonąć z pierwszego szoku, mój braciszek z wielką dumą zacytował swoją modlitwę sprzed dwóch godzin: „Panie Boże, jeśli nas kochasz, to spraw, aby w przyszłym roku było znacznie mniej jabłek w naszym ogrodzie”. Przerażenie rodziców i babci było tym większe, że przecież świetnie pamiętali wczorajszą wiadomość o przeniesieniu Andrzejka do innego przedszkola.
Późnym popołudniem w naszym domu odbyła się narada wojenna. Prababcia oznajmiła, że jeszcze dzisiaj trzeba zamówić Mszę świętą z prośbą o to, by Pan Bóg nie wysłuchał modlitwy Konradka. Z kolei babcia zapowiedziała, że przez cały rok będzie odmawiać koronkę do miłosierdzia Bożego o szczęśliwe plony. Natomiast rodzice próbowali uprosić winowajcę, by sam zechciał odwołać swoją modlitwę. Ale mój braciszek okazał się nieugięty i nieustraszony. Zupełnie jak harcerze z powstania warszawskiego. Nie pomogło nawet przyrzeczenie, że odtąd będzie musiał pomagać tylko godzinę dziennie przy zbieraniu jabłek. Tata powiedział, że ma bardzo upartego synka. Pomyślałam sobie, że to chyba chodzi o tę cechę, którą u dorosłych nazywa się stanowczością.

Wniebobranie i tęsknota

15 sierpnia, czwartek

Po wyjściu z kościoła Konradek sprawiał wrażenie zamyślonego. „Co to znaczy wniebobranie Matki Bożej?” – zapytał nagle. „Wniebowzięcie” – poprawił go tata. „No to co to znaczy?” – nie ustępował mój braciszek. Postanowiłam wtedy osobiście wkroczyć do akcji uświadamiającej. „Przecież to takie proste! Maryja ofiarowała Bogu kawałek własnego ciała i dlatego Jezus chciał później wziąć resztę jej ciała do nieba. Nawet nie czekał, aż umrze. Tak bardzo za Nią tęsknił. Teraz już rozumiesz?” – spytałam. „Teraz rozumiem!” – powiedział i przytulił się do mamusi. „Perełko, teraz to i ja rozumiem?” – pochwalił się tata. W ten sposób odkryłam, że kazania dla dzieci rozumieją nawet dorośli.
„A tak swoją drogą, to byłby chyba z ciebie dobry kaznodzieja, Marysiu” – powiedział tatuś po chwili ciszy. Nie byłam pewna, czy mam to rozumieć jako pochwałę, czy jako ironię. „Bo przecież każda kobieta mówi codziennie jedno kazanie. Od rana do wieczora” – dodał i rozwiał wszystkie moje wątpliwości. Chyba się na mnie zezłościł, że lepiej od księdza  wyjaśniłam Konradkowi tajemnicę „Wniebobrania”. To jest ta męska solidarność.

Miłość z fantazją

17 sierpnia, sobota

Dzisiaj oglądaliśmy w telewizji transmisję Mszy świętej, którą odprawiał nasz papież Jan Paweł II. Jestem przekonana, że on też będzie wniebowzięty, bo jest tak bardzo dobry i uczy nas kochać wszystkich ludzi, a zwłaszcza dzieci. Najbardziej zapamiętałam dzisiaj jedno zdanie Ojca Świętego o miłości. Powiedział, że fantazja Bożej miłości nie zna granic.
To prawda, bo Bóg potrafi kochać każdego człowieka, mimo że każdy z nas jest zupełnie inny i czegoś innego od Niego oczekuje. Prawdę mówiąc, to współczuję Panu Bogu, że kocha mnie i innych ludzi, bo to jest strasznie trudne zadanie. A my w dodatku często chowamy się przed Nim – zupełnie jak Adam i Ewa. Naprawdę miłość potrzebuje bezkresnej fantazji.

Sprawiedliwy i mądry

24 sierpnia, sobota

Codziennie od rana do wieczora zbieramy jabłka w sadzie. Dzisiaj też. Po raz pierwszy w życiu pomyślałam, że Konradek ma jednak rację. Bo przecież gdyby w przyszłym roku był nieurodzaj, to rodzice nie musieliby codziennie tak długo pracować w ogrodzie. Mamę boli potem krzyż, a tata zaraz po powrocie z sadu musi przykryć się gazetą i chociaż przez chwilę podrzemać. A przecież oboje dojeżdżają jeszcze do pracy. W dodatku całą jesień martwią się o to, gdzie sprzedadzą jabłka i ile trzeba będzie do tego dopłacić. Chyba ma rację nasz proboszcz, który w zeszłą niedzielę powiedział, że kogo Pan Bóg chociaż raz przyłapał na jakiejś solidnej pracy, temu odtąd zsyła ciągle nową robotę.
Zauważyłam, że rodzice coraz mniej gniewają się na Konradka w związku z jego modlitwą o przyszłoroczny nieurodzaj. Tym bardziej, że od dwóch tygodni słońce praży niemiłosiernie. Dzisiaj po południu tata powiedział, że Bóg jest nierychliwy, ale jednak sprawiedliwy. „Posyła nam teraz z podwójną hojnością to słońce, którego zaoszczędził nam nad morzem” – dodał, wycierając do kolejnej chusteczki obfite strużki potu. Pomyślałam sobie, że Pan Bóg jest nie tyko sprawiedliwy, ale też mądry, bo powiedział, żeby siódmego dnia odpoczywać, a jutro jest właśnie niedziela!

Prawdziwa kobieta

26 sierpnia, poniedziałek

Drogi pamiętniku, wczoraj była ostatnia niedziela w tym miesiącu i dziś od rana znowu pracowaliśmy ciężko w naszym sadzie. Teraz jestem już zmęczona i mam buzię czerwoną jak burak ćwikłowy. Na kolację prawie nic nie zjadłam. Wypiłam tylko dużo zsiadłego mleka, a na koniec jeszcze herbatę rumiankową. Oczywiście bez cukru, żeby nie przytyć! Przed zaśnięciem chcę ci jeszcze coś wyznać. Dzisiaj przez cały dzień byłam bardzo smutna. Mnóstwo dziwnych uczuć dobijało się do mojego serca. Mimo to starałam się do wszystkich uśmiechać i nie chciałam poddać się przykremu nastrojowi.
Tata chyba jednak coś zauważył, bo po kolacji powiedział mi po cichu, że jestem już prawdziwą kobietą. A potem dodał, że to coś całkiem normalnego, gdy mam takie smutniejsze dni. Nawet wtedy, gdy kilka razy dziennie przeżywam zmianę nastroju. Ucieszyłam się, że tata ma oczy, które widzą. Ale zaraz sobie też pomyślałam, że na szczęście nie może on wiedzieć wszystkiego o kobietach, bo jest mężczyzną. Ty też nie, bo jesteś moim pamiętnikiem, a nie moją pamiętniczką. Więc nie dziw się, że nie rozumiesz, dlaczego mój nastrój zmienia się czasem co kilka minut. I nie popadaj w kompleksy, bo ja też tego nie wiem.

Najgorsza z wojen

1 września, niedziela

Wczoraj od kolacji babcia z prababcią stały się melancholijne i jakoś dziwnie spoważniały. Zaczęły opowiadać o wybuchu wojny, o pierwszych bombardowaniach, o krewnych, którzy byli na froncie, o poległych. Byłam zasłuchana, a jednocześnie przerażona tamtymi wydarzeniami. Cały czas w mojej wyobraźni pojawiały się straszne sceny z różnych filmów wojennych, które widziałam w telewizji i w szkole. W nocy śniło mi się bombardowanie Warszawy, a później harcerze z powstania warszawskiego.
Dobrze, że dzisiaj jest niedziela. Rano mogłam dłużej pospać i cieszyć się dodatkowym dniem wakacji. Do kościoła poszłam na sumę z całą rodzinką. Oczywiście modliliśmy się za wszystkich poległych na wojnie. W czasie kazania zrobiło się strasznie cicho w kościele, gdy ksiądz powiedział, że w Polsce dalej toczy się wojna. Ja też byłam zaskoczona tymi słowami. Za chwilę wyjaśnił, że najgorsze są wojny w czasie pokoju, a zwłaszcza te, które toczą się w naszych rodzinach.
On miał rację. To święta prawda, że najstraszniejsze są wojny domowe. Kinga mi już raz coś o tym wspominała. Któregoś wieczoru musiała z mamą uciekać z domu. Jej tata był wtedy pijany i groził, że wszystkich strasznie pobije. Ja sobie nawet nie potrafię wyobrazić takiej sytuacji u nas. Nie mogłabym zasnąć, gdyby moi rodzice nie cieszyli się sobą. Za chwilę podziękuję Panu Bogu za to, że dał mi tatę, który bardzo kocha mamę i że moja mama bardzo kocha tatusia. Chciałabym być kiedyś podobna do mamy i wychować sobie takiego męża, jak mój tata. Dzień, w którym we wszystkich rodzinach nastąpi podpisanie pokoju, będzie najważniejszym i najszczęśliwszym dniem w historii.

Ostrzeżenie

2 września, poniedziałek

Niestety, wczoraj skończyły się wakacje. Pocieszam się tylko myślą, że następne rozpoczną się już za niecałe dziesięć miesięcy. Gdy wychodziłam dzisiaj rano do szkoły, mama mnie ostrzegła, żebym znowu nie zwróciła na siebie uwagi całej szkoły. Wiedziałam, że chodzi jej o to, co stało się w czerwcu. Wszyscy uczniowie byli stłoczeni w sali gimnastycznej na uroczystym podsumowaniu roku szkolnego. Na koniec swojej przemowy pan dyrektor uśmiechnął się do nas i powiedział: „A teraz życzę wam, drogie dzieci, abyście po wakacjach wróciły wypoczęte i jeszcze mądrzejsze”. Po tych słowach zapanowała w sali gimnastycznej kompletna cisza.

W tej sytuacji poczułam się zobowiązana, by w imieniu wszystkich uczniów podziękować za życzenia. „Dziękujemy i nawzajem, panie dyrektorze” – powiedziałam z pełnym przekonaniem. Dopiero wieczorem tata mi wyjaśnił, że nie wszystkie zachowania mogą działać w obie strony. Na przykład właściciel jakiegoś zakładu może zwolnić pracownika, ale pracownik nie może zwolnić właściciela.

Rozczarowanie

3 września, wtorek

Pani Joasia zajrzała do nas po południu ze swoim uroczym wnuczkiem. Siedmioletni Bartek przed wakacjami chodził do zerówki, która znajdowała się w przedszkolu. W lipcu jego rodzice postanowili zabrać go nad morze i dzięki temu Bartek po raz pierwszy w życiu miał okazję jechać pociągiem. Po powrocie znad morza nie mógł się już doczekać dnia, w którym pójdzie do szkoły. Do znudzenia powtarzał w kółko to samo pytanie: „Ale czy będzie to pierwsza klasa?”. Rodzice potwierdzali, że naprawę pójdzie do pierwszej klasy. Bardzo się oczywiście cieszyli z tego powodu, że ich synek jest zafascynowany szkołą.
„Tymczasem wczoraj po południu przeżyliśmy straszny szok” – relacjonowała pani Joasia. Bartek wrócił ze szkoły zanosząc się płaczem. Po chwili oznajmił całej rodzinie, że już nigdy więcej tam nie pójdzie.  Z początku nie chciał zdradzić powodu swojej decyzji. Gdy się trochę uspokoił, wyjaśnił oburzony, że nie będzie chodził do szkoły, bo został oszukany. „Mówiliście mi, że naprawdę pójdę do pierwszej klasy, a tam nie ma foteli ani nawet klimatyzacji. Wszyscy siedzimy na twardych krzesłach, a poza tym nie przychodzi ten pan, co roznosi napoje i słodycze” – powiedział z oburzeniem i znowu się rozpłakał.
„Dzisiaj rzeczywiście nie dał się zaprowadzić do szkoły” – pożaliła się pani Joasia. „Możesz znowu przychodzić do nas do przedszkola! U nas są ciastka pierwszej klasy, a czasem dostajemy nawet lody” – zaproponował Konradek. Bartkowi uśmiechnęły się oczy. „Jutro pójdę z tobą do przedszkola” – oznajmił. Jego babcia nie wydawała się zadowolona z tego pomysłu.

Długodystansowiec

4 września, środa

Dominik jest już w pierwszej klasie gimnazjum, ale jego nowa szkoła znajduje się w tym samym budynku, co nasza. Po lekcjach spotkałam go przy naszej bramie (gimnazjum ma wejście z drugiej strony budynku). Pozdrowił mnie z lekkim rumieńcem na twarzy. Patrzył w dół, jakby chciał dokładnie przyjrzeć się swoim butom. Po chwili cichym głosem powiedział, że jeśli chcę, to on będzie mnie codziennie odprowadzał do domu. Po chwili jeszcze ciszej dodał, że może mnie również przyprowadzać do szkoły.
Ta propozycja zupełnie mnie zaskoczyła, bo przecież Dominik mieszka dokładnie z drugiej strony naszej miejscowości. Widząc moje zdumienie wyjaśnił, że chce trenować chód na długim dystansie, aby kiedyś zostać mistrzem olimpijskim. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Oczywiście było mi miło, że ktoś chce mi towarzyszyć w drodze do domu. Tym bardziej, że żadna koleżanka z klasy nie idzie w tą samą stronę, co ja. A po za tym mogłabym się pochwalić mamie, że mam osobistą obstawę. Całkiem jak jacyś ważni biznesmeni albo szefowie mafii.
Gdy Dominik podprowadził mnie pod furtkę domu, powiedziałam, że się jeszcze zastanowię nad jego propozycją i że jutro dam mu odpowiedź. W ten sposób będę mogła poradzić się mamy w tej sprawie. Przy pożegnaniu Dominik znowu powtórzył, że chodzi mu wyłącznie o trening. „Ale dlaczego chce odprowadzać właśnie mnie?” – pomyślałam sobie, nie starając się znaleźć ostatecznej odpowiedzi na to pytanie.
Niecierpliwie czekałam na powrót mamy z pracy. Chciałam jej jak najszybciej opowiedzieć o propozycji mojego starszego kolegi. Jednak sprawa wyjaśniła się dużo wcześniej. Pół godziny po moim pożegnaniu z Dominikiem zadzwoniła jego mama. Zdziwiłam się, bo nigdy wcześniej tego nie robiła. Moje zdumienie stało się bezgraniczne wtedy, gdy pani Iwona szorstkim tonem spytała: „Czy to prawda, że namówiłaś mojego syna, by dzisiaj uciekł z ostatnich dwóch lekcji w szkole?”. Zamurowało mnie prawie tak, jak przed niespodziewaną klasówką z matematyki. Jutro powiem Dominikowi, żeby ćwiczył chodzenie na długie dystanse w zupełnie innym kierunku niż nasz dom.

Teoria i praktyka

12 września, czwartek

Dzisiaj po południu przyszli z wizytą rodzice Tomka. Mama mi kiedyś powiedziała, że on jest chyba trochę zazdrosny o Dominika. Tomek był dzisiaj w kiepskim nastroju, bo wczoraj dostał pierwszą jedynkę w swojej krótkiej karierze gimnazjalisty. Zaraz na początku rozmowy jego tata zaczął narzekać, że ich jedynak stanowczo za mało się uczy. Całe godziny poświęca natomiast na gry komputerowe.
Po chwili mama Tomka stanęła zdecydowanie w obronie syna i stwierdziła, że szkoła nie jest taka ważna. Przecież w szkole dzieci uczą się tylko teorii, a w życiu najważniejsza jest praktyka. Moi rodzice nie bardzo byli przekonani co do słuszności jej nowatorskich poglądów. Chyba z tego powodu pani Jadwiga dodała, że dzięki praktyce wszystko działa nawet wtedy, gdy nie wiemy dlaczego. Natomiast kierowanie się teorią sprawia, że nic nie działa nawet wtedy, gdy już wszystko wiemy.
Słysząc te naukowe analizy swojej mamy Tomek wyraźnie się ożywił. „Z tego wynika” – powiedział z pełnym przekonaniem – „że jak się połączy teorię z praktyką, to wtedy nic nie działa i nie wiemy dlaczego!” Pani Jadwiga spojrzała z nieukrywaną dumą na swego jedynaka i powiedziała, że skoro on tak logicznie myśli, to w liceum będzie na pewno geniuszem. „W gimnazjum nauczyciele nie potrafią jeszcze docenić uczniów genialnych” – dodała na pożegnanie.

Ucieczka od pocałunków

21 września, sobota

Dzisiaj wreszcie odwiedziła nas pani Krysia ze swoimi córkami. Bardzo lubię, kiedy do nas przychodzą. W domu robi się wtedy atmosfera święta. Nawet Konradek stara się być grzeczny, gdy przy kominku pojawiają się same kobiety.
Córki pani Krysi są takie niepodobne do siebie. Magda jest milutka i pilnie się uczy. Ma prawie same piątki i szóstki, mimo że chodzi już do liceum. Natomiast Kamilka jest równie milutka co Magda, ale znacznie bardziej troszczy się o swoje zwierzątka niż o odrabianie lekcji. Ostatnio kupiła sobie królika, kotka i pieska. W zeszłym tygodniu jako początkująca gimnazjalistka dostała pierwszy „zły” – jak sama to określiła – stopień. Pani Krysia zapytała moją mamę, czy mnie też trzeba ciągle przypominać o odrabianiu lekcji. Pani Krysia zapytała moją mamę, czy mnie też trzeba ciągle przypominać o odrabianiu lekcji. „Mamusiu, pobawmy się w naszą ulubioną zabawę!” – krzyknęła Kamilka i ku mojej radości zmieniła temat. „Ja będę chciała ciebie pocałować, a ty nie będziesz chciała” – dodała, aby wyjaśnić reguły gry. 
Okazało się, że chodziło o zabawę, którą Kamilka wymyśliła kilka lat temu, gdy przyniosła ze szkoły swój pierwszy „zły” stopień. Zasady były dosyć proste. Otóż Kama siadała mamie na kolanach, ściskała ją mocno za szyję i próbowała całować w prawy lub lewy policzek. Natomiast uwięziona w żelaznym uścisku mama starała się bronić przed pocałunkami. Łatwo sobie wyobrazić, że w tej grze ciągle wygrywała córka.
W czasie dzisiejszych odwiedzin jeszcze kilka razy mogliśmy oglądać zabawę w „uciekanie od pocałunków”. Na pożegnanie pani Krysia powiedziała, że nie może zrozumieć tylko jednej rzeczy. „Jak to się dzieje, że moja młodsza córka na koniec roku przechodzi do następnej klasy z wyróżnieniem i dostaje jeszcze nagrody?” – poinformowała nas z głębokim zdziwieniem. „Przyrzekam mamie, że to się już więcej nie powtórzy!” – wykrzyknęła z nieukrywaną radością Kamilka. Pomyślałam sobie, że jej mamie chodziło chyba o coś innego.
Gdy odprowadziliśmy gości do furtki i wróciliśmy do domu, postanowiłam natychmiast wypróbować na mamusi grę „w uciekanie od pocałunków”. Niestety trochę się spóźniłam. Konradek okazał się o ułamek sekundy szybszy ode mnie.

Dyscyplina i ogon psa

22 września, niedziela

W czasie kolacji mama powróciła do wczorajszej rozmowy o szkole. Powiedziała, że trzeba się systematycznie uczyć od początku roku szkolnego i starannie odrabiać lekcje. Na tym właśnie polega dyscyplina.
„Co to jest dyscyplina?” – spytał szczerze zdumiony Konradek. Wtedy do akcji uświadamiającej przystąpił tata. „Widziałeś kiedyś ogon, który macha psem? – spytał jakby od niechcenia. Konradkowi znacznie powiększyły się oczy, a buzia otworzyła się tak, jakby nagle pojawiła się przed nim potężna porcja lodów. „Jak jest dyscyplina to tak, jakby pies machał ogonem. A jak brakuje dyscypliny to tak, jakby ogon machał psem” – dopowiedział tata. Konradkowi nadal nie domykała się buzia ze szczerego zdumienia. Ale ja nie miałam już żadnych wątpliwości co do potrzeby dyscypliny.

Dodatkowa ciąża

26 września, czwartek

Dzisiaj znowu zajrzała do nas pani Joasia. Było jej po drodze, bo właśnie odebrała z przedszkola swoją czteroletnią wnuczkę, która ma tak samo piękne imię, jak ja i moja prababcia. Mała Marysia wyznała z przejęciem, że już wie, skąd się biorą dzieci. „Kilku chłopców chodziło dzisiaj po przedszkolu i rozpowiadało, że dzieci wychodzą z mamusi brzuszka” – powiedziała z miną odkrywcy, której nie powstydziłby się nawet Kolumb po znalezieniu Indii w Ameryce.
Niestety, ani pani Joasia, ani moja mama nie podjęły tematu, który wyraźnie zaintrygował Marysię i który mnie też zaciekawił. Na szczęście nasz mały gość nie miał zamiaru ustąpić. „Babciu, a ja to wiem, ile razy była w ciąży moja mamusia” – powiedziała sztucznie przeciągając słowa. „No, ile razy?” – spytała przez grzeczność pani Joasia. „Oczywiście dwa razy. Raz ze mną i raz z Małgosią” – powiedziała trochę ciszej, jakby zdradzała jakąś niezwykłą tajemnicę.
Nie był to jednak koniec wyznań. „A ja wiem, ile razy ty byłaś w ciąży!” – powiedziała Marysia, patrząc na swoją babcię z bardzo podejrzanym uśmiechem. „Ile razy, skarbie?” – raz jeszcze przez grzeczność spytała pani Joasia. I wtedy dowiedziała się, że była w ciąży o jeden raz więcej niż dotąd sądziła. „Ty byłaś trzy razy w ciąży” – z całkowitą pewnością siebie wyjaśniła Marysia. „Raz z moją mamą, raz z wujkiem Wojtkiem i raz z moim dziadkiem”.
Pomyślałam sobie, że mój tata jest rzeczywiście bardzo mądry. On mówi, że najważniejszych rzeczy o sobie dowiadujemy się od innych ludzi!

Milczący Włoch

29 września, niedziela

Dzisiaj odwiedziło nas dwóch Włochów. Starszy ma na imię Battista, a młodszy to jego syn, który nazywa się Manuele i jest bardzo chudy. Mieszkają koło Mediolanu. Pan Battista już od kilkunastu lat produkuje nowoczesne zatory. Teraz chce otworzyć fabrykę zatorów w Polsce.
Nikt z nas nie zna języka włoskiego. Na szczęście Manuele jest niezwykle uzdolniony językowo. Mówi biegle w kilkunastu językach. Kilka lat temu był pierwszy raz w Polsce i w ciągu dwóch miesięcy nauczył się mówić po polsku! On jest bardzo odważny. Często podróżuje zupełnie sam po całym świecie. Boi się tylko psów. Gdy dzisiaj wszedł na nasze podwórko, to od razu zauważył Gladiatora i całkiem poprawnie po polsku wykrzyknął: „O Boże, pies!”
W czasie obiadu pan Battista opowiadał o swoich wrażeniach z pobytu w naszym kraju. Stwierdził, że bardzo smakuje mu polska kuchnia. Gdy będzie znowu w Polsce, to z pewnością zajrzy do tej „smoczej restauracji”, gdzie zjadł wczoraj niezwykle smakowitą kolację. Kiedy kończyliśmy degustację niemniej smacznych lodów, tata zapytał Battistę, jak się czuje w Polsce. „Czuję się tu dokładnie tak samo, jak u siebie w domu. W Polsce nie mogę mówić ze względu na język, a we Włoszech ze względu na żonę” – z precyzją geniusza Manuele przetłumaczył odpowiedź swego taty.
Szkoda, że ja nie mam takiego szczęścia, jak żona pana Battisty. W naszym domu, niestety wszyscy chętnie mówią. Także mężczyźni. Mam za to inne szczęście, bo Manuele przywiózł mi w prezencie słownik polsko-włoski i książkę do nauki języka włoskiego. Przez dwie godziny uczył mnie wymowy i akcentów. Powiedział też, że jak będę mieć jakieś wątpliwości czy pytania, to mogę wysłać do niego e-mail, a on jeszcze tego samego dnia mi odpowie. Postanawiam od dziś codziennie chociaż trochę uczyć się włoskiego. Przypominaj mi o tym, mój drogi pamiętniku!

Sprostowanie

30 września, poniedziałek

Kochany pamiętniku! Od wczoraj cały czas zastanawiałam się nad tym, jakie to nowoczesne zatory produkuje pan Battista. Przy gościach nie odważyłam się o to zapytać. Zrobiłam to dopiero dzisiaj, gdy tylko tata wrócił z Warszawy. On się uśmiechnął i wyjaśnił, że ten pan z Włoch nie produkuje nowoczesne zatory, lecz zawory. Ja jednak nadal nie wiem dokładnie, co to są te zawory. Z pewnością jednak nie są to czekoladki mleczne.

Drugi filar i anioł

2 października, środa

Dzisiaj było święto naszych Aniołów Stróżów. Od rana byłam ciekawa, czy mój anioł da mi w tym dniu jakiś szczególny znak. Do południa chyba o mnie zapomniał, bo w szkole byłam pytana aż z trzech przedmiotów. A może on to zrobił celowo, bo przecież dostałam dwie piątki i jedną szóstkę. Mimo wszystko czułam, że tego dnia coś jeszcze się wydarzy.
To coś stało się późnym popołudniem. Jak anioł z nieba pojawiła się w naszym domu uśmiechnięta pani z ładną aktówką w pastelowe kolory. Zaproponowała tacie drugi filar ubezpieczeń. Nie bardzo rozumiałam o co jej chodziło, ale podziwiałam jej uśmiech, pewność siebie i kolorowe wykresy, które wyciągnęła z teczki.
Jednak tata nie okazał należytego entuzjazmu w obliczu propozycji ze strony nieznajomej. „Przecież chodzi tu o zagwarantowanie panu pogodnej starości” – wyjaśniła tonem zdradzającym pierwsze oznaki zniecierpliwienia. „Nic poza miłością nie zapewni nam pogodnej starości. Jeśli sami nie kochamy i jeśli nie wychowamy dzieci, które potrafią nas kochać i szanować, to na nic nie przyda się nam drugi filar” – powiedział tata trochę do niej, a trochę jakby do samego siebie. „Nie ma przyszłości bez miłości” – dodał jeszcze po chwili.
Na twarzy nieznajomej pojawił się niepokój. Przestała się uśmiechać. Szybkim ruchem zsunęła kolorowe wykresy do swojej pastelowej aktówki. „To ja już sobie pójdę” –  oznajmiła dziwnym głosem i wyszła bez pożegnania.
„I co ty na to, mój Aniołku?” – spytał tata z uśmiechem. Przytuliłam się do niego i powiedziałam, że to ja będę dla niego i dla mamy drugim filarem emerytury. Tatuś objął mnie ramieniem i zaczął patrzeć w stronę ogrodu. Ale i tak zdążyłam zauważyć, że po jego policzku popłynęła łza. Może pomyślał sobie, że jak na drugi filar, to jestem zbyt mała. Ale ja przecież jeszcze urosnę.

Tolerancja

4 października, piątek

Wbrew stanowczemu zarządzeniu dyrekcji Dominik i Tomek nadal wchodzą do szkoły wejściem zarezerwowanym dla uczniów z podstawówki. Dzisiaj znowu ich tam spotkałam. Dominik ciągle jeszcze wstydzi się ze mną rozmawiać. Chyba mu kiedyś powiem, że już się nie gniewam za to, że wtedy stchórzył i nie powiedział swojej mamie prawdy o ucieczce ze szkoły. Nawet harcerze z powstania warszawskiego mogli mieć przecież chwile słabości.
Im mniej rozmawia ze mną Dominik, tym chętniej zabiera głos Tomek. Ostatnio zrobił się bardzo rozmowny. Dzisiaj stwierdził, że jest dumny ze swojej mamusi. Ona jest tak bardzo tolerancyjna, że kiedy przychodzą do niego koledzy i koleżanki, to wychodzi z domu, aby im nie przeszkadzać. Odwiedza wtedy swoich rodziców i zostaje tam tak długo, aż Tomek zadzwoni do dziadków i powie, że mama może już wrócić.
Po powrocie ze szkoły opowiedziałam to wszystko mojej mamusi. Chciałam, żeby się domyśliła, że ona nie jest jeszcze taka tolerancyjna i nowoczesna, jak mama Tomka. Ale ona w ogóle nie zareagowała. Wtedy zebrałam się na odwagę, by powiedzieć jej wprost o tym, co miałam na myśli. „To chyba fajnie jest mieć rodziców, którzy wszystko tolerują” – powiedziałam niby do samej siebie. „Także cierpienia i nieszczęścia, jakie ich dzieci ściągają na siebie, kiedy błądzą i kiedy wyrządzają sobie krzywdę?” – spytała mama i popatrzyła mi w oczy. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Pomyślałam sobie tylko, że jednak lepiej jest mieć rodziców mądrych zamiast tolerancyjnych.

Wychować mężczyznę

6 października, niedziela

Wieczorem dokończyłam czytanie „Małego Księcia”. To naprawdę wzruszająca opowieść o szukaniu prawdziwych przyjaciół. A także o wierności wobec róży. Mam nadzieję, że ja też spotkam kiedyś kogoś takiego, kto zdobędzie moje zaufanie i dla kogo stanę się jedyną różą jego życia. Najlepiej, gdyby to był sobowtór Małego Księcia. A swoją drogą, to on jest taki wrażliwy i tajemniczy, jakby był dziewczynką.
W czasie kolacji zaczęłam opowiadać tacie o moich wrażeniach po przeczytaniu tej książki. On jest specjalistą od „Małego Księcia”. Czytał go już wiele razy. „Prawda, że Mały Książę jest wrażliwy i niezwykły, zupełnie jak dziewczynka” – powiedziałam na koniec. Tata najpierw się tajemniczo uśmiechnął, a potem wyjaśnił mi, że ten francuski lotnik, który napisał „Małego Księcia”, miał aż trzy siostry. To chyba one nauczyły go wrażliwości i tajemniczości, którą podzielił się ze swoim książkowym bohaterem.
Od dziś już wiem, że mam trudne zadanie do spełnienia. Jestem przecież jedyną siostrą Konradka. Będzie mi więc aż trzy raz trudniej wychować brata w taki sposób, by stał się Małym Księciem. Mimo to postanowiłam się nie zniechęcać. W każdej przecież sytuacji łatwiej jest wychowywać innych niż samego siebie.

Skandal na katechezie

11 października, piątek

Dzisiaj nasza pani katechetka mówiła o alkoholu i narkotykach. Powiedziała, że te substancje są dla nas strasznie groźnym wrogiem. A gdy ktoś jest już narkomanem albo alkoholikiem, to staje się wtedy bezlitosny dla siebie i okrutny dla innych ludzi. Zwłaszcza dla najbliższych.
Po tych słowach odruchowo spojrzałam na Kingę. Zrobiła się czerwona na buzi, ale słuchała z nieukrywanym zainteresowaniem. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. „A właśnie, że to nieprawda” – powiedział Piotrek, który rzadko zabierał głos w czasie katechezy. Wszyscy spojrzeliśmy ze zdumieniem na naszego kolegę. Tymczasem on z imponującą pewnością siebie wyjaśnił, że jego tata jest alkoholikiem, a mimo to jest wspaniałym tatą, z którego on jest dumny. Po tym wyznaniu w klasie zapanowała śmiertelna cisza. Wyglądało na to, że Piotrek sobie po prostu kpi, bo przecież w naszej miejscowości wszyscy wiedzą, że jego tata w ogóle nie pije alkoholu.
Prawdopodobnie pani katechetka pomyślała sobie dokładnie to samo, bo ogromnie wzburzona powiedziała, że nie pozwoli, aby ktoś urządzał sobie drwiny ze śmiertelnej choroby. „Jutro niech przyjdzie twój tata” – powiedziała tonem, który nie wróżył Piotrkowi niczego dobrego. W czasie przerwy rozeszła się wiadomość, że nasz kolega zostanie usunięty ze szkoły. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, bo do tej pory był on naprawdę grzecznym chłopcem i dobrze się uczył. Po raz pierwszy zdarzyło mu się takie dziwne zachowanie.

Ciao!

13 października, niedziela

Dzień był wyjątkowo zimny i padał deszcz. Postanowiłam więc dłużej niż zwykle poćwiczyć grę na pianinie, a później zrobić sobie podwójną lekcję języka włoskiego. Już wiem, że kochać to amare albo ti voglio bene, czyli chcę dla ciebie dobrze. Dzięki włoskiemu lepiej teraz rozumiem, co mają na myśli rodzice, gdy mówią, że mnie kochają.
Po południu wysłałam e-mail do Manuele, bo nie wiem, co znaczy słowo ciao, którego Włosi tak często używają. Po kolacji tata zawołał mnie do komputera, bo już była odpowiedź z Włoch! Manuele wyjaśnił, że nawet w jego ojczyźnie mało kto wie, że ciao pochodzi od słowa schiavo – sługa. Kiedy więc ktoś pozdrawia w ten sposób innych, to mówi, że jest do ich dyspozycji. Cieszę się, że wiem coś o języku włoskim, czego nie wie nawet wielu Włochów. A tak na marginesie, to teraz będę chyba rzadziej używać słowa ciao.

Fatalne zauroczenie

15 października, wtorek

Wczoraj zobaczyliśmy na korytarzu tatę Piotrka. Właśnie wchodził do gabinetu dyrektora. Jednak na jego twarzy nie widać było przerażenia. Przeciwnie, uśmiechnął się do nas i pokiwał przyjaźnie ręką. Miałam nadzieję, że nie był to gest pożegnania.
Dzisiaj wszystko się wyjaśniło w sposób, którego nikt z nas nie mógł przewidzieć. Na czwartej godzinie mieliśmy znowu katechezę. Nieoczekiwanie pani Barbara weszła do klasy w towarzystwie taty Piotrka, który w dodatku wcale nie wydawał się zakłopotany. Nasze zdumienie sięgnęło szczytu, gdy pani katechetka oznajmiła, że dzisiejsze spotkanie poprowadzi właśnie pan Arkadiusz.
Tata Piotrka podziękował pani Basi za zaproszenie, a nas serdecznie pozdrowił. „Jestem trzeźwiejącym alkoholikiem i chcę wam powiedzieć coś o tej chorobie” – powiedział na początek tak naturalnym tonem, jakby nas informował, że dzisiaj jest akurat wtorek. „Od jedenastu lat nie piję alkoholu i nauczyłem się radzić sobie z życiem bez tej zdradliwej substancji” – dodał.
Pan Arkadiusz wyjaśnił następnie, że alkoholizm to rezultat strasznie nieszczęśliwego zakochania. Zamiast zakochać się w życiu i ludziach, alkoholik zakochuje się w swoim śmiertelnym wrogu. Zaczyna wtedy nałogowo oszukiwać samego siebie i krzywdzić wszystkich ludzi dokoła. Tylko nieliczni wyrzekają się tej złej miłości i powracają do normalnego życia. Ale najpierw muszą bardzo dużo wycierpieć, bo tylko wtedy mogą się odkochać.
Nie pamiętam takiej lekcji, na której wszyscy byliby tak zasłuchani, jak dzisiaj. Nikt z nas nie miał dotąd pojęcia, że alkoholizm czy narkomania to historia nieszczęśliwej miłości. „Jeśli w waszym wieku ktoś zaczyna sięgać po piwo czy inne napoje alkoholowe, to popełnia samobójstwo na raty” – dodał pan Arek i napisał na tablicy swój telefon. „Jeśli ktoś będzie chciał o coś zapytać, to może do mnie zadzwonić, albo osobiście przyjść, by porozmawiać. Przy okazji będzie mógł odwiedzić mojego syna, który bardzo lubi gości” – oznajmił na zakończenie pan Arek. A ja miałam wrażenie, że popatrzył wtedy w kierunku Kingi.

Straszna transfuzja krwi

19 października, sobota

Kinga zwierzyła mi się po zbiórce harcerskiej, że była u taty Piotrka. Odważyła się mu powiedzieć, że jej tata często się upija i że staje się wtedy bardzo agresywny (wyobrażam sobie, jak była czerwona na buzi w czasie tej rozmowy...). Pan Arek wyjaśnił, w jaki sposób należy się zachowywać w takiej sytuacji i obiecał, że w przyszłym tygodniu odwiedzi jej rodziców, aby osobiście z nimi porozmawiać. Bardzo chciałam o tym wszystkim opowiedzieć moim rodzicom, ale dotrzymanie sekretu było dla mnie rzeczą najważniejszą. Miałam taką wielką nadzieję, że z pomocą pana Arka tata Kingi przestanie być zakochany w alkoholu.
Mimo mojej dyskrecji w czasie kolacji rozmowa i tak zeszła na temat uzależnień. Tym razem chodziło o papierosy. Tego wieczoru wśród gości był znowu nasz pan doktor. Opowiedział o pewnej pacjentce, która paliła papierosy i bardzo przez to chorowała. Gdy zaczęła się skarżyć na kolejne dolegliwości, oświadczył, że powinna natychmiast rzucić palenie. Wtedy ona powiedziała, że to jest zupełnie niemożliwe. „Zaczęłam palić papierosy tylko dlatego, że w szpitalu dostałam krew od jakiegoś nałogowego palacza” – wyjaśniła z takim przekonaniem, jakby sama wierzyła w to, co mówi.
Nie przysłuchiwałam się już dalszej rozmowie, gdyż popuściłam wodze fantazji. Tego wieczoru po raz pierwszy odkryłam, że jestem genialna. Znalazłam bowiem niezwykle prosty sposób na to, aby wszyscy ludzie natychmiast stali się dobrzy i szczęśliwi. Przecież wystarczy pobrać krew od osób mądrych, szlachetnych i pracowitych, a następnie wstrzyknąć ją ludziom mniej mądrym, mniej szlachetnym i mniej pracowitym!
Pomyślałam sobie jeszcze, że na pojemnikach z krwią przeznaczoną do transfuzji powinien być nie tylko opis grupy krwi, ale też opis krwiodawcy, np. „krew grupy AB, dawca uczciwy, pogodny i wolny od nałogów”. Oczami wyobraźni widziałam już napisy na szpitalach: „Tylko u nas dostaniesz krew, która gwarantuje, że będziesz dyskretny i przestaniesz plotkować!” Niestety, w dolnej części plakatu rozwieszonego w mojej fantazji dostrzegłam malutki napis: „Gwarancja nie dotyczy niektórych kobiet”.  W tej właśnie chwili pomyślałam sobie o jednej z moich koleżanek. Jednak jej imienia nie zdradzę nawet tobie, mój wierny pamiętniku. Staram się być dyskretna. Mam przecież krew po moich rodzicach.

Wyrzucony z nieba

22 października, wtorek

Konradek chętnie chodzi do przedszkola. Opiekunkami są tam siostry zakonne, bo przedszkole należy do parafii. Po południu niespodziewanie odwiedziła nas siostra Marta. „Posłuchajcie, co dzisiaj zrobił Konradek” – powiedziała tajemniczym tonem. Mamusia zaczęła nasłuchiwać z wypiekami na twarzy, spodziewając się chyba wszystkiego najgorszego. Tata też się zaniepokoił. „Do naszego przedszkola zagląda często ksiądz proboszcz i wcześniej czy później musiało dojść do jego spotkania z Konradkiem w miejscu, które obydwaj cenią sobie najbardziej, czyli w przedszkolnej kuchni” – kontynuowała swoją opowieść siostra Marta.
Na te słowa mama miała chyba ochotę poczerwienieć jeszcze bardziej, ale nie było to już możliwe. „I wie pani, co wtedy zrobił Konradek?” – spytała siostra przełożona. Pani syn odważnie podszedł do proboszcza i popatrzył mu prosto w oczy. „Skąd się tu wziąłeś?” – spytał. „Spadłem z nieba” – odparł rezolutnie ksiądz. „A za co cię stamtąd wyrzucili?” – nie mniej rezolutnie Konradek kontynuował przesłuchanie. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, gdyż ksiądz proboszcz przypomniał sobie, że ma ważne spotkanie i z tego powodu opuścił przedszkolną kuchnię bez pożegnania.
Kiedy siostra przełożona wypowiedziała te słowa, do pokoju wkroczył bohater jej opowieści. „Skąd się tu wzięłaś?” – Konradek postawił dyrektorce przedszkola swoje ulubione pytanie. „Spadłam z...”. Siostra Marta zawiesiła głos i powiedziała, że musi się już pożegnać, gdyż ma za chwilę jakieś ważne zebranie. „Czy możemy w niedzielę pójść do tej naszej drugiej parafii?” – spytał mamę mój braciszek, gdy tylko zostaliśmy sami. Wydaje mi się, że nie włączył jeszcze proboszcza w poczet swoich wujków.

Eksperyment naukowy

24 października, czwartek

Gdy tylko zobaczyłam przez okno, że na naszym podwórku pojawiła się pani Władzia, postanowiłam przenieść się z czytaną właśnie książką do salonu. Przypuszczałam, że za chwilę zacznie się tu dyskusja o horoskopach. To jest ulubiony temat pani Władzi. A właściwie jedyny temat, na jaki ostatnio można z nią rozmawiać. „W porównaniu z horoskopami życie jest nudne i mało ważne” – to z kolei jej ulubiona sentencja. A właściwie jedyna sentencja, jaką można od niej usłyszeć.
„To skandal!” – uskarżała się mocno podenerwowanym głosem pani Władzia, wchodząc do salonu w towarzystwie taty. „Mamy już niby ten kapitalizm, a w naszym kiosku można kupić zaledwie sześć tygodników z horoskopami. Zupełnie nie ma co czytać” – kontynuowała rozżalona. Usiadła przy kominku i zaczęła z właściwą sobie pasją dowodzić, że każdy inteligentny człowiek powinien czytać horoskopy, aby rozsądnie kierować swoim losem i przewidywać przyszłość.
Byłam tak zasłuchana w jej słowa, że aż wypuściłam z rąk moją ulubioną książkę. Dokładnie w tym samym momencie tata odezwał się po raz pierwszy. „Czy pozwoli pani, że przeprowadzimy eksperyment naukowy na temat horoskopów?” – zapytał i sięgnął po tygodnik dla pań, który w zeszłym tygodniu mama przywiozła z Warszawy. „Ależ oczywiście, że tak!” – powiedziała nieco speszonym tonem, chcąc wnieść osobisty wkład w rozwój horoskopologii naukowej.
Tata spytał panią Władzię o to, jaki jest jej znak zodiakalny. „Baran!” – odpowiedziała z nieukrywaną dumą, której mogłyby jej pozazdrościć najbardziej nawet feministyczne feministki. Tata zaczął wtedy czytać horoskop, który mówił o jakiś chorobach, nieszczęścia i innych strasznych powikłaniach. „Wszystko się zgadza!” – wykrzyknęła rozradowana pani Władzia. „Zeszły tydzień był dla mnie rzeczywiście koszmarny” – dodała z niezłomnością typową dla najsłynniejszych męczenników.
I wtedy stała się rzecz straszna. Tata wyjaśnił, że przeczytany horoskop odnosił się do zupełnie innego znaku zodiakalnego. Pani Władzia pobladła, a za chwilę osunęła się w kierunku rozpalonych do czerwoności drzwiczek naszego kominka. Na szczęście skończyło się na powierzchownych oparzeniach.

Horoskopy dla roślin

25 października, piątek

Po powrocie z pracy tata zadzwonił do pani Władzi, aby zapytać o jej samopoczucie. Telefon odebrał mąż. Okazało się, że żona czuje się już znacznie lepiej. Dwie godziny temu wyszła z domu ze stosem tygodników. Powiedziała mężowi, że idzie do kiosku złożyć reklamację.
W czasie kolacji tata powrócił do sprawy horoskopów. „Gdybym był roślinką, to codziennie czytałby horoskopy” – powiedział całkiem serio. Potem wyjaśnił, że położenie gwiazd i księżyca ma duży wpływ na wegetację roślin. Właśnie dlatego niektóre rośliny najlepiej sadzić w określonej fazie księżyca. „Ale gwiazdy nie decydują o tym, czy ciebie kocham, albo czy mówię tobie prawdę, Perełko” – dodał. Po chwili zapytał, co o tym sądzę.
Pomyślałam sobie, że rzeczywiście świat mężczyzn jest zbyt prosty, jak to często powtarza moja mama. „Ale jeśli ktoś mimo to wierzy w horoskopy, to ma grzech?” – odważyłam się zapytać. „Oczywiście, że nie, Marysiu. Żeby zgrzeszyć, to trzeba najpierw myśleć. Właśnie dlatego ani rośliny, ani zwierzęta nie mogą grzeszyć” – powiedział takim tonem, jakby wygłaszał kazanie o Bożym miłosierdziu.
Czułam, że rumieniec na mojej twarzy zaczął zataczać coraz większy krąg. Całkiem jak słońce w pełni lata. Tata chyba to zauważył i postanowił mnie pocieszyć. „Nikt nie jest doskonały, Perełko. Mnie też pozostał jeszcze jeden przesąd. Wierzę, że gdy czarny kot przejdzie mi drogę, to ten kot będzie miał pecha” – powiedział i poszedł wgrywać jakiś nowy program do komputera. A ja podziękowałam Panu Bogu za to, że nie jestem myszką. Postanowiłam też, że odtąd będę współczuć wszystkim czarnym kotom, które przejdą mi drogę.

Nieszczęścia chodzą parami

29 października, wtorek

„Ja naprawdę przyszłam tylko na chwilę” – usprawiedliwiała pani Władzia swoje niezapowiedziane odwiedziny. Okazało się, że chciała podzielić się ważną informacją. „Już nie wierzę w horoskopy. Teraz wiem, że mądrością narodów nie są horoskopy, ale przysłowia” – powiedziała z dumą.
Tracąc zupełnie poczucie czasu zaczęła wyliczać nieszczęścia, które ją spotkały w ostatnich dniach. „Każdego dnia spada na mnie zawsze parzysta liczba nieszczęść” – stwierdziła z przekonaniem. Widząc, że moi rodzice nie przyjęli tej wiadomości z należytym przejęciem, zaczęła wyliczać parzystą ilość nieszczęść, jakie ją wczoraj spotkały. Okazało się, że młodszy syn dostał dwie jedynki w szkole, a wieczorem starsza córka została dwa razy napadnięta przez złodziei. Ponadto jej mąż został zwolniony z pracy, a jednocześnie dostał mandat za to, że miał źle ustawione światła w samochodzie.
Zauważyłam, że Konradek wsłuchiwał się w słowa pani Władzi z wielkim zainteresowaniem. Jednak na jego twarzy nie było widać ani lęku, ani nawet współczucia. Przeciwnie, im dłużej słuchał opowieści o podwójnych nieszczęściach, tym większa radość pojawiała się na jego twarzy. „Mamusiu, mnie nigdy nie spotka największe nieszczęście!” – stwierdził w pewnej chwili wyraźnie zadowolony. „Dlaczego tak sądzisz, syneczku?” – spytała mama. „Bo ono przecież nie ma pary!” – powiedział dumny ze swego niezwykłego odkrycia. I w tym właśnie momencie pani Władzia przypomniała sobie, że miała do nas zajrzeć tylko na chwilę.

Najstraszniejsza choroba

31 października, piątek

Zauważyłam, że Kinga była dzisiaj w szkole bardzo smutna. Ogromnie chciałam jej pomóc i z nią porozmawiać, ale nie odważyłam się spytać o to, co się stało. Dopiero w szatni podeszłam i powiedziałam, że zapraszam ją dzisiaj po południu do siebie. Możemy razem odrobić część lekcji, aby od jutra jeszcze bardziej cieszyć się wolnymi dniami z okazji uroczystości Wszystkich Świętych. Moja koleżanka najpierw się zawahała, ale po chwili się zgodziła.

Kiedy Kinga zapukała do drzwi, byłam z tatą w saloniku. Właśnie wspominaliśmy zmarłych z naszej rodziny, których groby mieliśmy jutro odwiedzić. Tata zauważył, że Kinga jest bardzo smutna. „Masz jakiś problem?” – spytał tak serdecznie, że moja koleżanka najpierw się uśmiechnęła, a chwilę później rozpłakała.

Ku mojemu zdumieniu Kinga zaczęła zwierzać się mojemu tacie z tego, co ją gnębiło. Powiedziała, że od trzech dni jej tata wraca po pracy zupełnie pijany. To okropne, bo ona z mamą już zaczynały mieć nadzieję, że przestanie pić. Po wizycie pana Arkadiusza tata uroczyście przyrzekł, że już nie będzie krzywdził rodziny i że już nigdy nie napije się alkoholu. Dwa dni później pojechał nawet na spotkanie do jakiegoś klubu abstynenta i zapowiedział, że będzie tam jeździł co tydzień. Niestety, po kilku dniach złamał swoje postanowienie i znowu cała rodzina cierpi.
Tata podziękował Kindze za zaufanie i zaprosił ją, aby często nas odwiedzała. „Jeśli chcesz, to możesz nas traktować jak swoją drugą rodzinę” – powiedział jeszcze. Na koniec zachęcił ją, by jeszcze raz porozmawiała z panem Arkadiuszem. On jest przecież specjalistą w tej dziedzinie i bardzo troszczy się o los dzieci.

Po tej rozmowie Kinga się uspokoiła i przez dwie godziny odrabiałyśmy razem lekcje. Po raz pierwszy zgodziła się zostać u nas na kolację. Po jej odejściu powiedziałam tacie, że w naszej szkole jest kilku uczniów, którzy piją alkohol. Nie mogę tego zrozumieć, bo oni przecież krzywdzą samych siebie. „Tego nie robią nawet zwierzęta” – podsumowałam zaskoczona własnym odkryciem. Tata popatrzył na mnie całkiem poważnie i powiedział, że niektórzy ludzie popadają w najstraszniejszą chorobę, jaka może dotknąć człowieka. Tą chorobą nie jest ani jakiś nowotwór, ani alkoholizm czy AIDS, lecz obojętność na własny los. A ja pomyślałam sobie, że zarazkiem, który powoduje tę chorobę, jest brak miłości.

Niespodziewane imieniny

1 listopada, piątek

Moja mama ma imię, które bardzo mi się podoba. Po pierwsze dlatego, że to jest imię mojej mamy. Po drugie dlatego, że nie znam nikogo innego, kto nosiłby takie imię. W związku z tym pojawił się jednak pewien problem. Otóż moja mama nie obchodzi imienin, bo w żadnym kalendarzu nie jest uwzględnione jej imię. Ściślej mówiąc tak było do wczoraj. Właśnie wczoraj uświadomiłam sobie z radością, że pierwszego listopada są przecież imieniny mojej mamy.
Dzisiaj rano nie mogłam się doczekać wspólnego śniadania. Kiedy wszyscy byli już przy stole, podeszłam do mamy i złożyłam jej życzenia imieninowe. Mamusia była zupełnie zaskoczona. Zresztą cała rodzinka też. Wyjaśniłam, że przecież dzisiaj jest uroczystość Wszystkich Świętych. W takim razie wszyscy obchodzimy imieniny razem z naszymi świętymi patronami.

„A skąd wiesz, że mamusia ma świętego patrona?” – spytał Konradek, który był najbardziej zdumiony niezaplanowanymi imieninami. Zwłaszcza, że nie były to jego imieniny. Przyznałam, że ja też nie słyszałam nigdy o patronce mojej mamy. Ale to nawet lepiej, bo dzięki temu nasza mamusia może być pierwszą świętą z takim imieniem. „Zgadzam się” – powiedział mój braciszek i nawet nie zauważył, że solenizantce popłynęła łza po prawym policzku. Lubię, jak ktoś płacze z radości.

„Harry Potter” dla dorosłych

2 listopada, sobota

Wczoraj po Mszy świętej byliśmy na grobie taty i brata mojej mamusi. A dzisiaj pojechaliśmy pomodlić się przy grobie mamy mojego tatusia. „A może Gladiator i Torreador to nasz zmarły dziadek i wujek?” – niespodziewanie zapytał Konradek, wyraźnie zadowolony z efektu, jaki jego pytanie wywarło na rodzicach. Gdy mama i tata otrząsnęli się z pierwszego szoku, mój braciszek wyjaśnił, że zmarli mogą przecież znowu żyć jako zwierzęta, albo nawet jako rośliny. „Mówił o tym wczoraj taki pan w telewizji” – wyjaśnił, aby już nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości.
Przypomniałam sobie w tym momencie, że moje dwie koleżanki ze szkoły chwaliły się niedawno, że wierzą w reinkarnację. „A ja jestem pewna, że kiedyś w niebie znowu spotkam mojego zmarłego dziadka i wujka. Oni na pewno nie zamienili się w coś zupełnie innego. Ja też na zawsze pozostanę Marysią!” – powiedziałam i popatrzyłam na Konradka, który zrobił minę typową dla zamyślonego intelektualisty.
W czasie obiadu tata powrócił do rozmowy o reinkarnacji. Wyjaśnił nam, że są w Azji i na innych kontynentach tacy ludzie, którzy naprawdę wierzą w różne dziwne rzeczy. Sądzą, że są otoczeni przez mnóstwo dobrych i złośliwych duchów i duszków, że trzeba kochać roślinki tak samo jak ludzi, że obojętność jest najlepszym sposobem na życie i że biały słoń przenosi oświecone dusze do krainy wiecznej obojętności. „Czy te magiczne wierzenia to taki „Harry Potter” dla dorosłych?” – spytałam. „Tak, Perełko. Ale to niestety „Harry Potter” z bardzo nieszczęśliwym zakończeniem, bo główny bohater opuścił swoją żonę i jedynego synka” – wyjaśnił tata. Mam nadzieję, że mnie nigdy nie spotka taki los.

Ludożerca

3 listopada, niedziela

Dzisiaj – jak w każdą niedzielę – babcia przygotowała obiad. Ona cieszy, gdy mama może trochę odpocząć po całym tygodniu pracy i gdy ma dla nas więcej czasu. Na drugie danie babcia przygotowała sałatę, a także moją ulubioną marchewkę z groszkiem. Jak zwykle nałożyłam sobie podwójną porcję: za siebie i za Konradka, który nie znosi warzyw. Rodzice ciągle mu przypominają, że warzywa są najważniejsze dla zdrowia, ale mój braciszek zdecydowanie bardziej jest zainteresowany lodami.
„Mamusiu, czy ludzie w Azji naprawdę wierzą, że każda roślinka jest jak człowiek?” – zupełnie niespodziewanie spytał mój braciszek. Mamusia odpowiedziała, że niektórzy rzeczywiście w to wierzą. Wtedy Konradek zrobił tak radosną minę, jakby właśnie miał wchodzić do nieba. „To w takim razie ten, kto zjada sałatę, jest ludożercą – wykrzyknął. „A ja nie chcę być ludożercą” – dodał z nadzieją, że już nigdy nie będzie musiał jeść warzyw. „A co by było, gdyby lody były ludźmi?” – spytałam, żeby wystawić brata na próbę. „To wtedy musiałbym zostać ludożercą” – przyznał pokornie Konradek.

Drogowskaz, który chodzi

4 listopada, poniedziałek

Dzisiaj były imieniny Ojca Świętego. Już przed siódmą rano poszliśmy do kościoła, aby modlić się w intencji tego niezwykłego księdza. On jeździ po całym świecie, aby spotykać się z ludźmi, których rozumie i kocha. A chyba najbardziej kocha dzieci. Przed wyjściem z kościoła pomodliłam się o to, abym mogła kiedyś osobiście Go spotkać. Mam nadzieję, że rodzice modlili się o to samo.
W czasie kolacji babcia powiedziała, że wszyscy w naszej miejscowości dyskutują o wczorajszym kazaniu księdza proboszcza. To było wyjątkowe kazanie, które się bardzo spodobało. Proboszcz powiedział, że Pan Jezus krytykował tych uczonych i faryzeuszów, którzy byli podobni do drogowskazów. Oni wskazywali Bożą drogę, ale sami nią nie szli. Proboszcz prosił nas o modlitwę, aby on i inni księża byli takimi drogowskazami, które chodzą wskazywaną przez siebie drogą. Pomyślałam sobie, że ludzie najchętniej słuchają kazań, które nie odnoszą się do ich życia.

Koszmarny sen

8 listopada, piątek

Dzisiaj wieczorem odwiedziła nas pani Władzia, która ostatnio wierzy namiętnie w sny. Zwłaszcza w te, które są przerażające i które zapowiadają jakieś tragedie. Postanowiłam dodać jej otuchy i nadziei na lepszą przyszłość. Opowiedziałam o moim wspaniałym śnie sprzed dwóch dni. Śniło mi się wtedy, że wszyscy ludzie na świecie są szczęśliwi i potrafią kochać. Zauważyłam jednak, że pani Władzia zupełnie nie była zainteresowana takimi snami. Ona najchętniej wsłuchuje się w sny, które mówią o nieszczęściach i katastrofach. Wyraźnie nie spodobało jej się też to, że najchętniej spodziewam się w życiu wszystkiego najlepszego.
„Nasza sąsiadka nie zorientowała się, że dla niektórych ludzi twój sen, Perełko, byłby koszmarem” – powiedział w czasie kolacji tata, który wcześniej przysłuchiwał się mojej rozmowie z panią Władzią. Sądziłam, że tata żartuje. Ale on wyjaśnił z całą powagą, że są ludzie, którzy produkują towary dla osób nieszczęśliwych, np. narkotyki, nikotynę, leki uspokajające, pornografię, filmy przemocy i tym podobne rzeczy. Gdyby wszyscy byli szczęśliwi, to producenci takich towarów staliby się biedni i bezrobotni.
To okrutne, mój drogi pamiętniku, że niektórzy zarabiają w ten sposób. Jeszcze bardziej niż dotychczas będę się starała być mądra i radosna. Marzę o tym, aby już odtąd nie było takich okrutnych i bezwzględnych osób, które szukają klientów na swoje towary wśród ludzi dotkniętych nieszczęściem i którzy chcą, by takich nieszczęśliwych osób wciąż przybywało.

Zagraniczna Polska

16 listopada, sobota

Od wczoraj jestem z całą rodzinką w Wilnie. Przylecieliśmy tutaj samolotem i dzisiaj cały dzień zwiedzaliśmy to piękne miasto. Widzieliśmy wspaniałe kościoły i byliśmy na poruszającym koncercie muzyki klasycznej. Odwiedziliśmy też cmentarz na Rossie, który jest tak piękny, że sprawia wrażenie parku, w którym odpoczywają polscy bohaterowie. Po obiedzie zajrzeliśmy do budynku, w którym był więziony Adam Mickiewicz. Mogłam nawet usiąść na tym samym krześle, którego używał nasz wspaniały poeta. Przez chwilę się rozmarzyłam i pomyślałam, że kiedyś zostanę pisarką.
Po południu poszliśmy do sanktuarium Matki Bożej Ostrobramskiej. Właśnie dzisiaj była największa uroczystość. Najpierw pokonaliśmy schody, które prowadzą do małej kaplicy nad bramą. Przed obrazem Matki Bożej Miłosierdzia modliłam się w intencji wszystkich nieszczęśliwych, którzy potrzebują od Boga znaków miłości i miłosierdzia. Później z trudem weszliśmy do kościoła, bo akurat wychodziło stąd dużo dziewcząt i chłopców. Mama dowiedziała się, że właśnie zakończyło się spotkanie młodzieży z jakimś księdzem z Polski. „Mówił o tym, jak dojrzale pokochać siebie i innych oraz jak być szczęśliwym” – powiedziała jedna z wychodzących dziewcząt. To są moje ulubione tematy, więc żałowałam, że nie przyszliśmy tutaj dwie godziny wcześniej.
Wieczorem trochę zmęczeni, wróciliśmy do naszego pokoju w hotelu. W czasie kolacji Konradek powiedział, że jesteśmy teraz w zagranicznej Polsce, bo wszyscy tu mówią po naszemu. A ja mam nadzieję, że tu jeszcze kiedyś wrócimy.

Walizka

17 listopada, niedziela

Mój drogi pamiętniku, cieszę się, że znowu jesteśmy w domu. Na lotnisku w Wilnie przeżyliśmy najpierw trochę strachu. Okazało się, że brakuje dla nas jednego miejsca w samolocie. Usłyszał o tym jakiś ksiądz, który wracał do Polski tym samym samolotem. Powiedział z uśmiechem, że nie ma żadnego bagażu i dlatego może zabrać Konradka do samolotu jako swoją walizkę. Mój braciszek był trochę zaciekawiony, a trochę przestraszony. „A będziesz mnie nosił i trzymał przy sobie” – zapytał na wszelki wypadek. „Oczywiście, że tak. Przecież walizki same nie mogą chodzić. Trzeba je nosić i pilnować” – wyjaśnił ksiądz, a Konradek chwycił go za rękę na znak, że zgadza się na takie warunki.
Po chwili dostaliśmy wiadomość, że jednak wystarczy miejsc dla nas wszystkich. W samolocie okazało się, że mam miejsce koło tego księdza. „Ja też byłem po raz pierwszy w Wilnie i wczoraj miałem spotkanie z młodzieżą w sanktuarium Matki Bożej Miłosierdzia” – powiedział. A więc to był ten ksiądz, który mówił do młodzieży na moje ulubione tematy! Pomyślałam sobie, że bardzo mały jest ten świat i że naprawdę warto spodziewać się w życiu wszystkiego najlepszego. Po chwili ksiądz Marek zauważył, że boję się startu i że jestem zaprzyjaźniona z misiem, którego trzymałam w rękach. Ucieszyłam się, że spytał nawet o to, jak ma na imię mój pluszowy przyjaciel.
Do domu dotarliśmy już porządnie zmęczeni. Przez cały wieczór opowiadaliśmy babci o naszych wrażeniach z Wilna, zajadając ze smakiem polską szynkę z wileńskim chlebem. Tata wspomniał też o spotkaniu z księdzem Markiem, który po wylądowaniu w Warszawie opisywał swoją pełną przygód podróż sprzed trzech dni. Okazało się, że dotarł na lotnisko na trzy minuty przed odlotem samolotu, a mimo to zdołał polecieć do Wilna. „Gdyby nie zdążył na samolot, to byśmy go nigdy nie poznali” – wyciągnęłam logiczny wniosek. Tatuś zamyślił się przez chwilę i powiedział: „Wtedy być może poszlibyśmy wcześniej do sanktuarium w Ostrej Bramie i tam byśmy go wczoraj spotkali”. „Na pewno!” – krzyknął z przekonaniem Konradek i wyraźnie się ucieszył tą możliwością. Wygląda na to, że zaliczył tego księdza w poczet swoich nowych wujków. Zresztą ja chyba też.

Czyste ręce

19 listopada, wtorek

„Czyste ręce są brudne!” – krzyknął Konradek, który właśnie wrócił z przedszkola. Jednym tchem starał się opowiedzieć o tym, co stało się dzisiaj w jego grupie przedszkolnej, ale mówił tak chaotycznie, że nikt z nas nie mógł zrozumieć, o co mu chodzi. „Usiądź sobie wygodnie, weź głęboki oddech i opowiadaj od początku” – zarządził tata.
Wszyscy zamieniliśmy się w słuch. Okazało się, że wychowawczyni zobaczyła na korytarzu stłuczony wazon, w którym znajdował się piękny bukiet z suszonych liści. Nikt nie zauważył, kiedy się to stało, ani kto zrzucił wazon z parapetu. W tej sytuacji pani przedszkolanka zebrała wszystkie dzieci i poprosiła, by ten, kto stłukł wazon, przyznał się do winy. Nikt jednak się nie zgłosił. Wtedy pani Agata powiedziała, że musi coś przynieść i wyszła z sali. Wróciła po kilku minutach, niosąc bryłę węgla. „Oto czarodziejski węgiel, który potrafi wskazać winowajcę. Niech teraz każde dziecko podejdzie tutaj i potrze swoją rękę o tę niezwykłą bryłę węgla” – powiedziała i położyła węgiel na biurku.
Dzieci po kolei podchodziły i pocierały dłonie o tajemniczy węgiel. Na koniec wychowawczyni poprosiła, by wszyscy podnieśli ręce do góry. Okazało się, że tylko jedno dziecko miało ręce czyste. „To właśnie ty, Stasiu, stłukłeś wazon i dlatego bałeś się dotknąć węgla. Twoje czyste ręce cię zdradziły” – wyjaśniła pani Agata. Stasio rzeczywiście stłukł wazon i dlatego tylko udawał, że pocierał dłońmi o węgiel. Bał się, że tajemnicza bryła zabarwi jego ręce na dziwny kolor i wskaże, że to właśnie on jest winowajcą.
„Mamusiu, czy ty też masz czarodziejski węgiel do wykrywania kłamstw?” – spytał mój braciszek, gdy skończył opowiadanie o tym, co wydarzyło się w przedszkolu. Mama się uśmiechnęła i powiedziała, że nie potrzebuje żadnego czarodziejskiego węgla. „Wystarczy, że spojrzę ci w oczy” – dodała i popatrzyła najpierw na Konradka, a później na mnie.

Wdzięczność

21 listopada, czwartek

Dzisiaj cieszyliśmy się imieninami tatusia i Konradka. Na kolacji wszyscy pojawili się odświętnie ubrani, a mama z babcią już od rana przygotowały smakowite potrawy. Był nawet tort bezowy, który przypomniał mi o moich tegorocznych urodzinach i o oczku wodnym w naszym ogrodzie.
Przed posiłkiem podeszliśmy najpierw do taty, aby złożyć mu życzenia. Była z nami nawet prababcia Marysia, która zwykle opuszcza kolację i o tej porze już śpi. Gdy przyszła moja kolej na składanie życzeń, powiedziałam tacie, że jestem z niego bardzo, ale to bardzo dumna. I nie chodzi mi wcale o to, że nazywa mnie Perełką. Najbardziej jestem wdzięczna tacie za to, że mnie kocha i że ma zawsze dla mnie czas. Nawet wtedy, gdy jest już bardzo zmęczony, bo przecież prawie codziennie musi wstawać o piątej rano, aby zdążyć do pracy. On potrafi mi wszystko wytłumaczyć, gdy czegoś nie rozumiem w życiu lub w szkole. On podnosi mnie na duchu, gdy jestem smutna i gdy zbiera mi się na płacz.
Mój braciszek kolekcjonuje figurki żołnierzyków. Jemu życzyłam, by on sam stawał się kimś podobnym do dzielnego żołnierza, który jest silny i mądry. Taki właśnie jest mój tata. On strzeże naszego domu, jak najdzielniejszy żołnierz strzeże swojej ojczyzny. Tata nikogo się nie boi. No, może z wyjątkiem mamy. Ale nawet przed nią potrafi nas obronić, gdy mamusia jest zdenerwowana, albo gdy zaczyna na nas krzyczeć. Bo moja mama to przecież prawdziwa kobieta. Całkiem jak ja.
Któregoś dnia mama była właśnie w takim groźnym nastroju. Wtedy tata rozłożył w pokoju parasolkę i zawołał nas do siebie. „To przecież normalne, że się chowamy pod parasolkę, gdy pojawia się ciemna chmura i zaczyna padać deszcz takich smutniejszych nastrojów”  – wyjaśnił, siadając między mną a Konradkiem, i zasłaniając nas parasolką. Kiedy mama zobaczyła, że siedzimy skuleni w takiej pozycji, wtedy wzięła kilka głębszych oddechów ze zdumienia i za chwilę na jej twarzy pojawił się słoneczny uśmiech. Wtedy tata złożył parasol, a ja się przekonałam, że czasami mój tatuś jest jak saper, który rozbraja domowe pola minowe.
Po kolacji podeszłam do mamusi, przytuliłam się do niej i pogratulowałam, że znalazła dla siebie takiego dobrego męża, a dla nas takiego dzielnego tatusia. Mam nadzieję, że spotkam kiedyś podobnego mężczyznę. A za chwilę poproszę Pana Boga o to, by mój tata był zawsze zdrowy i by miał siłę kochać nas tak, jak dotąd.

Rasistowska dieta

23 listopada, sobota

Prawie w każde sobotnie popołudnie zagląda do nas pani Władzia. Dzisiaj wypytywała moich rodziców o to, co zwiedziliśmy w Wilnie. Oglądała też nasze zdjęcia z wyprawy na Litwę. Później podzieliła się nową wiadomością. Okazało się, że nie wierzy już ani w horoskopy, ani w mądrość ludowych przysłów. Teraz odkryła, że najważniejszy w życiu jest wegetarianizm.
„Nie wolno zadawać bólu zwierzętom. Przecież to okrucieństwo, żeby zabijać zwierzęta po to tylko, by napełnić sobie żołądek!” – z oburzeniem wykrzyczała pani Władzia. „Ja też byłam kiedyś taka okrutna, ale teraz to się zmieniło!” – oznajmiła z dumą.
Jednak i tym razem moi rodzice nie wykazali większego zainteresowania, a tym bardziej entuzjazmu wywodami naszej sąsiadki. Najgorsze było to, że za chwilę weszła do pokoju babcia i wniosła pieczoną kaczkę, którą przygotowała na kolację. Pani Władzia natychmiast się z nami pożegnała i wyszła. Chyba na znak protestu.
„A może i my moglibyśmy przejść na dietę wegetariańską?” – spytałam. W tym momencie Konradek wybuchnął płaczem. Z pomocą przyszedł mu tata, który powiedział, że nie jesteśmy przecież rasistami, żeby jeść jedynie warzywa i owoce. Konradek ze zdumieniem popatrzył na tatę. Nie rozumiał bowiem, jaki może być związek między dietą a rasizmem. Zresztą ja też tego nie rozumiałam.
Wtedy tata wyjaśnił, że są dwa rodzaje rasistów. Jedni rasiści kochają zwierzęta i dlatego zjadają wyłącznie rośliny, a drudzy rasiści kochają rośliny i dlatego jedzą tylko zwierzęta. „Ja nie jestem rasistą, więc zjadam trochę roślin i trochę zwierząt” – powiedział tata, sięgając po pieczoną kaczkę z marynowanymi gruszkami i brzoskwiniami.
Muszę sobie przemyśleć słowa taty o rasistowskiej diecie. Na razie jest dla mnie oczywiste to, że Konradek na pewno nie da się zaprosić na obiad do pani Władzi.

Nietypowy król

24 listopada, niedziela

W czasie kazania ksiądz proboszcz powiedział dzisiaj, że wiele osób chce rządzić innymi ludźmi. Ale mało jest tych, którzy chcą nam pomagać i służyć. Później opowiedział historię o małym chłopcu, któremu zmarł tata-król. Po pogrzebie ojca królewicz został ogłoszony nowym władcą. Jego ministrowie doradzili mu, by natychmiast wprowadził srogie kary dla przestępców, których w jego kraju niestety nie brakowało. Mały król zgodził się na to dość niechętnie. Szybko okazało się, że złoczyńcy wcale się nie przestraszyli srogiego prawa i nie przestali napadać na ludzi. Wówczas nowy król ogłosił niezwykłe prawo. Postanowił, że odtąd on będzie karany za wszystkie złe czyny swoich poddanych. Gdy usłyszeli o tym przestępcy, wzruszyli się dobrocią małego władcy i zmienili swoje życie. Zrozumieli, że mają całkiem nietypowego króla, który ich kocha i który chce im pomóc, aby zaczęli żyć uczciwie.
Po chwili ksiądz wyjaśnił, że to nie jest jakaś bajka. Takim wspaniałym królem okazał się Pan Jezus, który postanowił, że to on będzie karany za nasze grzechy. Teraz rozumiem, że prawdziwym królem jest ten, kto kocha innych ludzi i kto pomaga im mądrze żyć. A to przecież znaczy, że w moich rodzicach płynie królewska krew.

Zakazane tematy

29 listopada, piątek

Dzisiaj się trochę zbuntowałam, kiedy tata wyłączył telewizor zaraz po prognozie pogody i powiedział, że na mnie już pora, bym poszła spać. Moje koleżanki oglądają telewizję jeszcze długo po „Wiadomościach”. Uważam, że przynajmniej w piątek i sobotę mogłabym dłużej posiedzieć i zobaczyć jakiś film. „Niektóre moje koleżanki to oglądają nawet programy, które są nadawane późnym wieczorem i które poruszają każdy temat” – powiedziałam nieco zaczepnie.
Tata spojrzał na mnie z uśmiechem i wyjaśnił, że dawniej on także kilka razy obejrzał tego typu programy, ale za każdym razem poczuł się oszukany. „W takich programach, Perełko, prawie wszystkie tematy są zakazane. Nie wolno tam mówić o tym, co najpiękniejsze w naszym życiu i co ciebie najbardziej interesuje. Na przykład nie mówi się tam nigdy o miłości, o szczęśliwych rodzinach, o ludziach, którzy są wspaniałymi przyjaciółmi, czy o Bogu, który nas kocha i który uczy nas żyć na tej ziemi” – stwierdził tata i popatrzył mi w oczy.
Nie byłam jeszcze do końca przekonana. Tata chyba to zauważył, bo za chwilę powiedział, że mój świat jest zbyt piękny i wrażliwy, aby wpuszczać do niego to, co zwykle emituje telewizja w wieczornym programie. „Postanowiłem, Perełko, że w Adwencie nie będę w ogóle patrzył na telewizję, aby mieć więcej czasu dla was i dla siebie” – dodał jeszcze, a ja pomyślałam sobie, że ma rację. No i że mnie kocha. Idąc w kierunku łazienki przypomniałam sobie, że w pokoju Kingi widziałam niedawno taki fajny napis: „Wyłącz telewizor, włącz życie”. Jutro zrobię kolorowy plakat z tym napisem i powieszę go w salonie koło telewizora.

Szczepionka przeciw AIDS

2 grudnia, poniedziałek

Wczoraj był światowy dzień chorych na AIDS. W zeszłym tygodniu mieliśmy w naszej szkole konkurs wiedzy na temat sposobów zapobiegania tej strasznej chorobie. W czwartek przyszedł taki pan seksuolog, który mówił, że już niedługo będzie gotowa szczepionka przeciwko wirusowi HIV.
Dzisiaj rozmawialiśmy na ten sam temat w czasie katechezy. Pani Basia powiedziała, że ludzie chorzy na AIDS powinni do śmierci zachować czystość, aby nie zarazić następnych osób. Dobrze, że pani katechetka zwróciła nam na to uwagę, bo dotąd nikt z nas o tym nie pomyślał.
W czasie kolacji spytałam tatę, jak można się najlepiej zabezpieczyć przed chorobą AIDS. Tatuś odpowiedział, że jest tylko jedno lekarstwo, które dobrze chroni przed tą chorobą i przed wszystkimi innymi nieszczęściami. Tym lekarstwem jest miłość. Jeśli jakiś człowiek nikogo nie kocha i nie czuje się przez nikogo kochany, to wtedy jest mu wszystko jedno, czy zachoruje na jakąś chorobę i umrze. Taki człowiek potrafi sam siebie krzywdzić.
Mój drogi pamiętniku, tatuś ma znowu rację. Ja też już wiem, że miłość jest najlepszym lekarstwem na wszystko. To chyba dlatego mama mówi, że najlepszym lekarzem jest Bóg. On jest przecież Miłością!

Detektyw i schowek

5 grudnia, czwartek

„Szukasz czegoś?” – spytał mnie tata, gdy zobaczył, że otwieram drzwi prowadzące z przedpokoju do piwnicy. Wyjaśniłam, że chcę zrobić dokładnie coś odwrotnego. Zamierzałam schować w piwnicy ulubione słodycze Konradka, które dzisiaj kupiłam, aby mu jutro wręczyć od świętego Mikołaja. Wiedziałam, że jak tylko mój braciszek wróci z  podwórka, to zacznie myszkować po całym domu, aby szukać prezentów, o które już dzisiaj od rana się dopytywał.
„Sądzę, że Konradek zacznie polowanie na prezenty od dokładnego przeszukania piwnicy” – oświadczył tata, robiąc przy tym tak tajemniczą minę, że nie powstydziłby się jej nawet Scherlock Holms. „To w takim razie chyba nie ma takiego miejsca, do którego mój brat by nie zajrzał?” – zapytałam zrezygnowanym głosem, gdyż uświadomiłam sobie, że tata ma znowu rację. „Wydaje mi się, Perełko, że jest schowek, do którego nasz domowy detektyw raczej nie zajrzy” – usłyszałam w odpowiedzi.
Tata nie chciał mi jednak zdradzić tego miejsca. Zaproponował, bym sama spróbowała się domyśleć, gdzie może być bezpieczna skrytka na prezenty dla Konradka. Wymieniłam wszystkie schowki, które wydawały mi się rozsądne. Za każdym razem reakcja taty była podobna. „Dokładnie tak samo pomyśli Konradek i na pewno tam zajrzy” – mówił z uśmiechem. Po kilku minutach poddałam się. „Schowaj te prezenty do jego szuflady. To jedyne miejsce, do którego nie zajrzy” – powiedział wreszcie tatuś, wyraźnie usatysfakcjonowany moją zaszokowaną miną.

Gdzie szukać prawdy?

6 grudnia, piątek

Jak było do przewidzenia, Konradek poświęcił wczoraj kilka godzin na znalezienie prezentów. Po przeszukaniu piwnicy, przedpokoju, kuchni i wszystkich pokojów, zaczął nawet wyrywać ruszające się klepki w parkiecie. Jedynym miejscem, do którego nie zajrzał, była jego szuflada.
Dzisiaj rano podziękowałam tatusiowi za niezwykły pomysł, by schować upominki dla Konradka w jego własnej szufladzie. „Pamiętaj, Perełko, że całkiem podobnie jest z prawdą o nas i o naszym życiu. Ona nigdy się przed nami nie ukrywa, ale my często szukamy jej na zewnątrz. A prawda czeka na nas w naszym własnym sercu” – powiedział i popatrzył przez okno w stronę ogrodu. A ja postanowiłam odtąd jeszcze częściej zaglądać do mojego serca.

Porwanie i okup

7 grudnia, sobota

Już żeśmy się przyzwyczaili, że sobotnie popołudnie to typowa pora, w której pani Władzia wpada do nas choćby na chwilę. Najczęściej przychodzi sama. Gdy tylko z mojego okna zobaczyłam, że tym razem pojawiła się na naszym podwórku razem ze swoim ukochanym synkiem, zbiegłam na dół i przeniosłam się do salonu. Miałam nadzieję, że nasz gość znowu opowie coś ciekawego i nie zawiodłam się. Pani Władzia już od progu zaczęła mówić, że jest dumna ze swego ośmioletniego Józia. „On jest już prawie tak samo mądry, jak o jedenaście lat starsza od niego Martynka!” – oświadczyła z całym przekonaniem. Wyglądało to tak, jakby była rzecznikiem prasowym syna i to w okresie kampanii przedwyborczej.
Gdy już wszyscy siedzieliśmy obok piecyka, a znudzony Józio zniknął w piwnicy z Konradkiem, nasza sąsiadka z wyraźną dumą opowiedziała o tym, co przedwczoraj zrobił jej „kochany jedynak” – jak go najchętniej nazywa. Otóż Józio już od paru dni domagał się od rodziców i dziadków, aby święty Mikołaj przyniósł mu w prezencie rowerek. Kiedy przedwczoraj wieczorem wszyscy zgodnie stwierdzili, że święty Mikołaj jest zbyt biedny, aby przynieść taki drogi prezent, wtedy Józio zniknął w swoim pokoju.
Po kilku minutach wbiegł do kuchni z rozpromieniona twarzą i kluczem w ręku. „Dzisiaj w nocy na pewno dostanę rowerek!” – krzyczał w kółko jak oszalały. Chwilę później wyjaśnił, że zdjął ze ściany wiszący w jego pokoju obrazek Matki Bożej, schował go do szafy, a szafę zamknął na klucz. Następnie napisał list do Pana Boga, który pokazał swojej mamie. List ten był krótki i konkretny: „Panie Boże, jeśli tej nocy święty Mikołaj nie przyniesie mi roweru, to ty już nigdy nie zobaczysz twojej mamy. Serdecznie Ciebie pozdrawiam. Twój Józio”.
Po wyjściu pani Władzi mama powiedziała, że prawdopodobnie Józio w podobny sposób odnosi się do swoich rodziców i dziadków. „Tyle tylko, że łatwiej szantażować ludzi niż Pana Boga” – dodała i popatrzyła mi w oczy. Mój drogi pamiętniku, jestem już zbyt zmęczona, by wyciągnąć z tego wydarzenia jakieś wnioski dla siebie. Może zrobię to jutro.

Jestem genialna

8 grudnia, niedziela

W czasie Mszy świętej odkryłam, że jestem jeszcze bardziej genialna niż dotąd myślałam. Ksiądz proboszcz powiedział, że podziwiamy dzisiaj najwspanialszego człowieka wszystkich czasów. Człowiekiem tym nie jest jakiś mężczyzna, ale kobieta – Maryja.
Później ksiądz wyjaśnił, że kobiety są geniuszami, bo są bardziej wrażliwe na świat osób, a mężczyźni bardziej wrażliwi na świat rzeczy. To właśnie dlatego kobiety znacznie częściej niż mężczyźni zajmują się rodziną, wychowaniem dzieci, pomaganiem ludziom chorym, starszym, załamanym. „Bogu tak bardzo zależy na kobietach, że do jednej z nich posłał anioła i prosił, aby była ziemską matką dla Jego Syna” – to zdanie naszego księdza dobrze sobie zapamiętałam.
Na koniec proboszcz życzył wszystkim kobietom i dziewczętom, by były podobne do Maryi. Pomyślałam sobie, że te słowa muszę sobie wziąć do serca, bo ja mam przecież nawet bardzo podobne do niej imię. Wracając do domu pomyślałam sobie jeszcze, że mój brat ma wielkie szczęście, bo wychowują go dwie kobiety (mama i ja), a tylko jedna go rozpieszcza. To oczywiście jest babcia. Ale ona jest sprawiedliwa, bo mnie też czasem rozpieszcza.

Bóg i płeć

9 grudnia, poniedziałek

„Skoro kobiety są genialne, to czy Bóg jest kobietą?” – spytałam rodziców w czasie kolacji. Obydwoje się uśmiechnęli, a mama wyjaśniła, że Bóg nie jest ani kobietą, ani mężczyzną. On jest jeszcze bardziej genialny niż kobieta, a nawet niż kobieta i mężczyzna razem wzięci.
„Ale przecież Bóg kocha nas jak dobra mamusia” – z pewnym wahaniem w głosie zauważył Konradek. „A właśnie, że jak tatuś” – zareagowałam zbyt spontanicznie i chyba trochę za głośno. Wtedy mama uśmiechnęła się raz jeszcze i powiedziała, że obydwoje mamy rację. Bóg jest jednocześnie mamą i tatą i dzięki temu nie ma płci. Gdyby Bóg był kobietą lub mężczyzną, to czegoś by mu brakowało. „Musiałby poszukać sobie narzeczonego alb narzeczonej” – podsumował Konradek, dumny ze swojej zdolności logicznego myślenia.

W obronie kobiet

12 grudnia, czwartek

Od trzech dni ciągle myślę o tajemnicy Boga. Już rozumiem, że nie jest ani panią, ani panem tylko Miłością, ale dlaczego Jego Syn przyjął na ziemi ciało mężczyzny, a nie kobiety? Przecież byłby bardziej genialny jako człowiek, gdyby się stał kobietą, a nie mężczyzną?
Dzisiaj w czasie kolacji zwierzyłam się rodzicom z tych moich rozterek. Przez chwilę zapanowała cisza. Tatuś się zamyślił i spojrzał na mamę. „To proste” – odpowiedziała. „To oczywiste, że przyjmując ludzkie ciało, Bóg mógł stać się kobietą, ale stał się mężczyzną po to, aby nauczyć mężczyzn wielkiego szacunku do kobiet”. Później mama wyjaśniła, że w tamtych czasach mężczyźni tak źle traktowali kobiety, jakby były one jakimś sprzętem domowym i ich prywatną własnością.
„Czy zauważyłaś, Perełko, że wszystkie kobiety, które spotykają Jezusa, stają się pozytywnymi postaciami?” – spytał tatuś i powiedział, że cieszy się, gdy widzi kobiety zaprzyjaźnione z Jezusem. „Można im wtedy ufać!” – dodał jeszcze i przytulił mamusię.

Polski Picasso

15 grudnia, niedziela

Dzisiaj mieliśmy w domu mnóstwo gości. To jeszcze z okazji imienin taty. Pierwszy przyjechał nasz „wileński” wujek Marek, który wręczył tatusiowi lampę zrobioną z bryły soli. „Chrześcijanie powinni być solą ziemi i światłością świata. Niech ta lampa tobie o tym przypomina” – powiedział do taty. A najbardziej ucieszyłam się wtedy, gdy podkreślił, że jest dumny z takich mężczyzn jak mój tata. Ja przecież też!
Po kilkunastu minutach zaroiło się od gości. Niektórzy przyszli z małymi dziećmi, które nudziły się wśród nas, dorosłych. Maluchy szybko więc powędrowały do pokoju Konradka. Po chwili po raz pierwszy w życiu zobaczyłam mojego braciszka w kryzysie. Co chwilę przybiegał do mamy i żalił się, że goście wcale nie chcą go słuchać. Mama doradziła mu, żeby jednak spróbował zaprowadzić porządek w swoim pokoju.
„Bo Zenek to niszczy moje akwarium!” – krzyknął zrozpaczony, wbiegając znowu do salonu. „Wrzucił już tam poduszkę, dinozaura i roślinkę” – wyjaśnił, rozpaczliwie licząc na pomoc rodziców. Jednak oni byli pochłonięci rozmową z przybyłymi gośćmi i nie zareagowali.
Dopiero wtedy, gdy wszyscy już wyszli i zostaliśmy sami, nadszedł czas na oględziny pokoju Konradka, aby oszacować dokonane tam zniszczenia. Oczom naszym ukazał się krajobraz po bitwie. Nie chodziło już tylko o akwarium, które upodobniło się do kosza na śmieci. Największe wrażenie zrobił na nas fakt, że pokoik mojego braciszka przypominał teraz kaplicę sykstyńską. I to tuż po renowacji.
Okazało się, że Zenek znudzony wrzucaniem kolejnych przedmiotów do akwarium, postanowił zaprezentować swoje zdolności malarskie. Jego freski w stylu młodego Picassa robiły rzeczywiście wrażenie. Zwłaszcza rozmiarami. Konradek płakał, a reszta rodzinki zastanawiała się, w jaki sposób pozbyć się tych arcydzieł współczesnego malarstwa. Po chwili mój braciszek otarł łzy i popuścił wodze fantazji. „A może wybić w tym miejscu okno, albo przekręcić ścianę na lewą stronę? – zaproponował.
Po umyciu zębów poprosił mamę, by któregoś dnia poszli odwiedzić Zenka, a tacie przypomniał, że czeka na obiecane nowe kredki. „A zanim pójdę do Zenka, to jeszcze poproszę babcię, by mi kupiła farbki olejne. W takim dużym pudełku” – zdążył nas poinformować, zanim zasnął.

Dysleksja i dysgrafia

18 grudnia, środa

Już się do tego przyzwyczaiłam, że prawie codziennie przy wyjściu ze szkoły spotykam Dominika i Tomka. Oni nadal wychodzą z budynku drzwiami, które są zarezerwowane tylko dla dzieci ze szkoły podstawowej. Dzisiaj przy wyjściu czekała mnie podwójna niespodzianka. Po pierwsze, nie było Tomka. Po drugie, Dominik był wreszcie lekko uśmiechnięty i skory do rozmowy.
„Opowiem ci o najnowszym wydarzeniu w naszej klasie” – powiedział na powitanie. Okazało się, że chodzi o Tomka. Ma on już wiele ocen niedostatecznych, a najwięcej z języka polskiego. W zeszłym tygodniu przyniósł zaświadczenie o tym, że nie może poprawnie pisać. Dzisiaj dostarczył zaświadczenie, które stwierdza, że nie potrafi poprawnie czytać. Wtedy wychowawczyni powiedziała przy całej klasie, że on ma już dysgrafię i dysleksję, a jedyne, czego nie ma na „dys”, to dyscyplina. „Tomek tak się zawstydził, że po lekcjach pierwszy zbiegł do szatni i nikt go już więcej nie widział” – wyjaśnił Dominik tonem, którym zazwyczaj królowie oznajmiają światu o odniesionym zwycięstwie.

Diament przed śmiercią

19 grudnia, czwartek

Dzisiaj zajrzał do nas sąsiad i powiedział, że od niedawna jest taka nowa forma pogrzebów w Stanach Zjednoczonych. Pewne przedsiębiorstwo spala zwłoki zmarłego człowieka i potrafi wytworzyć z nich diament, który rodzina może postawić na przykład na kredensie jako pamiątkę po zmarłym.
„Najważniejsze jest to, żeby człowiek był diamentowy przed, a nie dopiero po śmierci, prawda Perełko?” – powiedział tata i chyba wcale nie oczekiwał odpowiedzi. „No i żeby bardzo kochał, bo wtedy rodzina o nim na pewno nie zapomni” – dodałam i popatrzyłam z wdzięcznością na tatusia. Po chwili pobiegłam do kuchni, żeby raz jeszcze wycałować mamę, która właśnie dzisiaj obchodzi urodziny. To był świetny pomysł Boga, że moja mama pojawiła się we wszechświecie. I że jest diamentowa.

Dziewczynka bez rękawiczek

21 grudnia, sobota

Dzisiaj odwiedziła mnie wreszcie Kinga. Bardzo ją lubię i często zapraszam do siebie. Ona jest taka wrażliwa i często smutna. Czuję się za nią trochę odpowiedzialna, bo nadal jestem jedyną koleżanką w klasie, której zwierza się ze swoich problemów w rodzinie. Gdy Kinga weszła do salonu, właśnie siedziałam z mamą przy piecyku. Rozmawiałyśmy o przygotowaniach do świąt Bożego Narodzenia. Moja koleżanka przywitała się z nami i usiadła koło mnie skulona z zimna. To mnie nie zdziwiło, bo od wczoraj jest straszny mróz na dworze.
Mama popatrzyła na zmarznięte ręce Kingi i spytała, czy nosi rękawiczki. Kinga jakby zaniemówiła. Poczerwieniała jeszcze bardziej, ale tym razem chyba nie z zimna. Mama ją przytuliła i spytała raz jeszcze o rękawiczki. Wtedy stało się coś, czego nie mogłam przewidzieć. Kinga rozpłakała się, a potem powiedziała, że ma w domu rękawiczki, ale boi się je zakładać.
Byłam zdumiona tym wyznaniem. Nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ktoś może bać się rękawiczek! Po chwili Kinga wyjaśniła, że zeszłej zimy tata wrócił któregoś wieczoru znowu pijany i miał na rękach rękawiczki. „Prosto z drzwi wszedł do kuchni i zaczął grozić mamie nożem, a ja dotąd mam jeszcze przed oczami jego rękę w czarnej rękawiczce i ten nóż” – powiedziała przerywanym głosem i szlochając wtuliła się w ramiona mojej mamy.
Wyznanie Kingi było dla mnie wielkim szokiem. Ja nie potrafię sobie nawet wyobrazić, że tata mógłby podnieść głos na mamę. A co dopiero jakiś przedmiot... Szczęściem w nieszczęściu jest to, że Kinga ma zaufanie także do mojej mamusi. Odtąd nie jestem już osamotniona w szukaniu sposobu, by pomóc bliskiej koleżance.

Dziwne pomysły na zbawienie

22 grudnia, niedziela

To już ostatnia niedziela przed świętami. W domu od kilku dni pucujemy wszystkie pomieszczenia, a lodówka jest już wypełniona po brzegi świątecznymi potrawami. Ale przecież „Boże Narodzenie to przede wszystkim spotkanie człowieka z Bożą miłością, która staje się dla nas widzialna” – jak nam w piątek przypomniała pani katechetka.
W czasie dzisiejszej Mszy świętej ksiądz proboszcz mówił o tym, że każdy człowiek szuka jakiegoś wybawienia, ale czasem mamy bardzo dziwne pomysły na ten temat. Niektórzy sądzą, że wyzwoli ich alkohol, narkotyki albo pieniądze. Inni uważają, że trzeba się wybawić od zasad moralnych, od rodziny, a nawet od Boga.
„Tymczasem tylko miłość może nas wybawić i uratować” – powiedział ksiądz na zakończenie. Bardzo się ucieszyłam, że proboszcz zgadza się z moimi rodzicami, którzy często mi powtarzają, że najlepszym lekarstwem na wszystko jest miłość. To święta prawda. Gdy rodzice przytulają mnie z miłością, to znikają wszelkie lęki i problemy. Nawet brzuszek przestaje wtedy boleć.

Wigilijny karp

23 grudnia, poniedziałek

W naszym domu nie wyobrażamy sobie kolacji wigilijnej bez karpia. Nikogo więc nie zdziwiło, że dzisiaj po południu w łazience znalazło się duże wiadro z wodą, a w nim poruszał się dostojnie pokaźnych rozmiarów karp. Dzięki temu mogliśmy się spokojnie zająć ostatnimi przygotowaniami do jutrzejszej Wigilii, bo nie trzeba było nikogo oddelegować do pilnowania Konradka. Mój braciszek najwyraźniej w świecie zaprzyjaźnił się z królewską rybą i postanowił dotrzymywać jej towarzystwa.
„Mamy karpia!” – wykrzyknął, gdy tylko w przedpokoju pojawił się pan, który miał naprawić linię telefoniczną, uszkodzoną prawdopodobnie przez silny mróz. „W oleju?” – zapytał odruchowo pan elektryk. „Nie, w rodzinie!” – wykrzyknął Konradek z takim entuzjazmem i przekonaniem, że można było uwierzyć w jego słowa.
W czasie kolacji okazało się, że sprawa z karpiem zaczyna komplikować się coraz bardziej. „On już na zawsze zostanie z nami, prawda?” – zapytał Konradek, zanim sięgnął po pierwszą kromkę chleba. Tatuś zaczął wtedy wyjaśniać, że karp nie żyje tak długo jak człowiek i że ta ryba została kupiona po to, aby ją jutro przygotować na wieczerzę wigilijną. „Nie pozwolę na to! Ten karp należy już do naszej rodziny! Nie możemy zjeść naszego krewnego!” – dorzucał ciągle nowe argumenty na ocalenie ryby przeznaczonej do usmażenia.
Postawa Konradka była tak stanowcza, a jego łzy tak duże, że tata zaniósł na noc wiaderko z karpiem do pokoju mojego brata. Jutro rano pójdą razem do pobliskiego stawu, wyrąbią przeręblę w lodzie i wypuszczą „krewnego” na wolność.

Szczególny wieczór

24 grudnia, wtorek

Dziś od rana babcia ubolewała, że po raz pierwszy w historii naszej rodziny zabraknie karpia na wigilijnym stole. „Żebyśmy tylko z tego wszystkiego nie zapomnieli zostawić dodatkowego miejsca przy stole” – powtarzała nieco tajemniczym tonem. Nawet prababcia opuściła swój pokój, z którego w ostatnim czasie trudno ją wyciągnąć. Usiadła przy kuchennym stole, dyskretnie kontrolując przebieg przygotowań i nucąc swoje ulubione kolędy.Po południu tata wrócił z pracy, przywożąc ze sobą niespodziewanego gościa. „To jest Mateusz. On mieszka w domu dziecka w Warszawie i  zgodził się spędzić z nami święta” – wyjaśnił z uśmiechem i serdecznie przytulił małego gościa. Z wrażenia przestałam na chwilę oddychać. Nawet Konradek pozostał przez pewien czas bez ruchu. Tylko buzia otworzyła mu się całkiem na oścież.
Za chwilę pojawiła się w przedpokoju mama, która przywitała i wycałowała Mateusza, a później pomogła mu zdjąć kurtkę i buty. „Mateusz ma prawie osiem lat. Zna mnie i mamę już od kilku miesięcy, bo czasami zaglądamy do domu dziecka z zaprzyjaźnionym małżeństwem z Włoch, które chce w Polsce adoptować dziecko” – wyjaśnił tatuś, uchylając rąbka tajemnicy. Podeszłam nieśmiało do Mateusza, aby go przywitać i dać mu moje drugie ciapy, których zwykle używa Kinga. Po mnie małego gościa wycałowały obie babcie, a na końcu także Konradek, który w międzyczasie doszedł do siebie i zaproponował Mateuszowi, że oprowadzi go po całym domu. Najpierw oczywiście po piwnicy.
Gdy zapadł zmrok, zebraliśmy się wokół stołu w salonie, aby zaśpiewać pierwszą kolędę i złożyć sobie życzenia. Później wyciągnęliśmy spod choinki prezenty – książki i ulubione słodycze. Tata wyjaśnił, że tego wieczoru wręczamy sobie drobne upominki jako znak, że Bóg stał się dla nas najwspanialszym prezentem i że my chcemy być dla siebie prezentami. Oczywiście Mateusz też dostał paczuszkę ze słodyczami, a ja dołożyłam mu jeszcze moje. Zostawiłam sobie tylko książkę.
Nasz niespodziewany gość był w centrum zainteresowania. Wszyscy życzyliśmy mu, aby w prezencie od Bożego Dzieciątka otrzymał dobrych rodziców. Mateusz śpiewał z nami kolędy i uśmiechał się do nas. Rozpłakał się dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy kolędę „Nie było miejscana ziemi”. Na szczęście za chwilę odezwał się telefon. Dzwonili Włosi, którzy chcą adoptować Mateusza. Śmieszną mieszanką polskich i włoskich słów złożyli jemu i nam życzenia świąteczne, a on słuchał i promieniował radością. Teraz myśmy płakali.
Mój powierniku, chyba już wystarczy przeżyć na dzisiaj. Rodzice z babcią w dalszym ciągu śpiewają kolędy, a później pójdą na pasterkę. Ja za chwilę podziękuję Bogu za to, że do nas przychodzi jako wspaniały prezent i pójdę spać. Na pewno przyśni mi się tej nocy coś niezwykłego.

Ukrzyżowanie Dzieciątka Jezus

25 grudnia, Boże Narodzenie

W czasie śniadania Włosi znowu zadzwonili do Mateusza. To było chyba najszczęśliwsze Boże Narodzenie w jego życiu. Nie znam dokładnie jego historii, ale wiem, że został oddany do domu dziecka, gdy miał osiem miesięcy.
Po śniadaniu poszliśmy na Mszę świętą. Mateusz stanął między mną a mamusią i trzymał nas za ręce. A właściwie to ściskał, ale ja jestem już trochę odporna na ból. W kościele zrobiła się zupełna cisza, gdy ksiądz proboszcz powiedział, że dzisiaj przeżywamy ukrzyżowanie Dzieciątka Jezus. Powtórzył to jeszcze raz i zrobiła się jeszcze większa cisza. A później ksiądz wyjaśnił, że Boże Dziecię nie znalazło miejsca w gospodzie. Musiało urodzić się wśród zwierząt, a na dodatek Herod chciał je zabić. Najgorsze jest to, że po dwóch tysiącach lat dzieci są nadal krzyżowane przez dorosłych i bardzo cierpią.
„Bóg rodzi się w tych domach, w których dzieci przyjmowane są z miłością i przyprowadzane są do Chrystusa” – powiedział ksiądz drżącym głosem, a Mateusz ścisnął moją rękę jeszcze mocniej. Wtedy się rozpłakałam, ale chyba nikt się nie zorientował, bo inni zajęci byli własnymi łzami.

Po obiedzie poszliśmy całą piątką na długi spacer. Mateusz i Konradek szaleli na sankach, a ja z rodzicami nuciłam kolędy. W drodze powrotnej mój brat pokazał Mateuszowi staw i wyjaśnił, że tutaj pływa karp, który jest naszym krewnym. „Karp? To jakieś dziwne nazwisko” – zawyrokował Mateusz i popędził z sankami w kierunku pobliskiego wzgórza.

Najstraszniejsze męczeństwo

26 grudnia, czwartek

Jutro Mateusz musi wracać do domu dziecka, ale na razie o tym nie myślimy. W czasie śniadania nasz nowy braciszek (tak nazwał go Konradek) opowiadał nam o życiu w domu dziecka. Na koniec powiedział z dumą, że siostra Janina, która jest dyrektorką, uczy go języka włoskiego. Zaczęłam wyliczać na przemian z nim różne włoskie słowa. Ja znałam ich więcej!
Po śniadaniu pojechaliśmy na Mszę świętą, którą odprawiał wujek Marek. Rodzice mi wyjaśnili, że on też zna Mateusza i to małżeństwo z Włoch, które chce adoptować polskie dziecko. Idąc do ołtarza ksiądz Marek zauważył nas i uśmiechnął się, a Mateusz pomachał mu nawet ręką.
Bardzo się przejęłam pierwszym czytaniem, które opowiadało o tym, jak prześladowcy kamienowali niewinnego Szczepana. A on im przebaczył i jeszcze modlił się za nich. Ksiądz Marek, czyli nasz „wileński” wujek, powiedział, że istnieje jeszcze gorsze męczeństwo. Najokrutniejszym męczeństwem jest życie bez miłości. „Ten, kto nikogo nie kocha, zaczyna prześladować samego siebie i nie może być szczęśliwy” – to zdanie wujka dobrze sobie zapamiętałam. No i to, że Boże Dziecię uczy takiej miłości, która nas ratuje przed męczeństwem i przed prześladowaniem samego siebie. „Konradku, gdybyśmy ciebie nie kochali, to byś był męczennikiem” – wyjaśniłam mojemu braciszkowi, gdy wyszliśmy z kościoła. On spojrzał na mnie zdumiony i pobiegł przytulić się do mamusi.
Po Mszy świętej wujek Marek zaprosił nas na obiad na plebanię. Wtedy okazało się, że Mateusz też mówi do niego „wujku”. Zauważyłam, że Konradek był o to trochę zazdrosny. Ja chyba też.

Orzeszek i zapałka

28 grudnia, sobota

Wczoraj cały dzień było nam smutno, bo rano tatuś musiał odwieźć Mateusza do domu dziecka. Przy pożegnaniu wszyscy popłakaliśmy się, ale rodzice uroczyście nam przyrzekli, że niedługo znowu się zobaczymy. Za kilka tygodni wybiera się do Polski to małżeństwo z Włoch i na pewno przyjadą do nas z Mateuszem.
Dzisiaj świeciło piękne słońce, a ja prawie cały dzień biegałam z Konradkiem po ogrodzie. Najpierw jeździliśmy na sankach, a później bawiliśmy się w berka z Gladiatorem i Torreadorem. Po południu popisywaliśmy się „jazdą figurową” na lodowisku szkolnym. Dobrze, że nie było tam sędziów, którzy wystawiają oceny za styl.
W czasie kolacji czułam się już porządnie zmęczona, a Konradkowi co chwila zamykały się oczy. Wtedy pojawił się pan Andrzej, który pracuje razem z tatą. Chciał nam tylko złożyć świąteczne życzenia, ale rodzice zaprosili go do stołu. Wtedy braciszkowi nagle otworzyły się oczy, bo nasz gość zaczął pokazywać różne sztuczki. Najpierw położył na stole orzeszka i przykrył go szklanką owiniętą w papierową serwetkę. Za chwilę okazało się, że szklanka przeszła przez orzeszka i przez stół, a mimo to się nie uszkodziła. Oczy Konradka powiększyły się jeszcze bardziej wtedy, gdy pan Andrzej zawinął w „czarodziejską” chusteczkę zapałkę, którą mój brat w tej właśnie chusteczce złamał. Po rozwinięciu chusteczki okazało się, że zapałka się zrosła.
Trochę się domyślałam na czym polegały te sztuczki, ale Konradek uwierzył w czary i ku przerażeniu rodziców obiecał, że on też będzie czarodziejem. Po wyjściu pana Andrzeja rodzice pochowali wszystkie szklanki, orzeszki i zapałki. W tym czasie mój brat zniknął w pokoju, w którym stoi komputer. Za chwilę wrócił do salonu z obcążkami w ręku i z kilkoma połamanymi dyskietkami. „Teraz muszę tylko poszukać czarodziejskiej chusteczki, w której te dyskietki znowu się zrosną” – spokojnie wyjaśnił tatusiowi, który pierwszy zauważył czarodziejski trening Konradka.

Podsłuch

29 grudnia, niedziela

Dzisiaj jest uroczystość Świętej Rodziny. Jak tylko się obudziłam, to podziękowałam Bogu za moich kochanych rodziców, za braciszka, za babcię i prababcię. Podziękowałam też za tych, którzy już nie mieszkają w naszym domu. Oni opiekują się nami z nieba.
Po śniadaniu przyszła mi na myśl Kinga i jej rodzina. Jest mi bardzo przykro, że ona nie ma takiego szczęścia, jak ja. Postanowiłam zadzwonić do niej i zaproponować, byśmy razem poszły dzisiaj do kościoła. Za kilka minut była już u nas w domu, jak zwykle trochę zamyślona i smutna. Po drodze do kościoła zapytałam o jej największe marzenie. Byłam przekonana, że Kinga przede wszystkim marzy o tym, aby tata był dla niej dobry i by już nigdy więcej jej nie uderzył. „Pragnę najbardziej, by moi rodzice się kochali, bo wtedy i ja będę szczęśliwa” – odpowiedziała bez chwili namysłu. W tym momencie trochę zwątpiłam w moją kobiecą intuicję.
W czasie Mszy świętej ksiądz proboszcz zachęcał do modlitwy w intencji naszych rodzin. „Módlmy się zwłaszcza o to, aby rodzice odnosili się do siebie nawzajem z miłością i szacunkiem, gdyż tylko wtedy ich dzieci poczują się kochane i bezpieczne” – powiedział, a ja zaczęłam podejrzewać, że ksiądz podsłuchiwał moją rozmowę z Kingą. Bo skąd mógłby wiedzieć, że największym marzeniem każdego dziecka jest to, aby jego rodzice byli dla siebie dobrzy. Dorośli nie pamiętają przecież tego, co sprawiało im największą radość, gdy byli dziećmi.

Prawdziwy prorok

1 stycznia, środa

Już od tygodnia przeżywamy same szczególne dni. Dzisiaj jest też taki niezwykły dzień – zaczyna się nowy rok. W czasie śniadania powiedziałam rodzicom, że chciałabym być prorokiem, bo wtedy wiedziałabym, co mnie czeka w tym roku i mogłabym przewidzieć przyszłość. „Ależ prorok to wcale nie jest osoba, która przewiduje przyszłość” – zaprotestował natychmiast tatuś. „Zapamiętaj, Perełko, prorok to ktoś, kto patrzy w głąb teraźniejszości. Ma oczy, które widzą i uszy, które słyszą to, co dzieje się tu i teraz. Dzięki temu może też zrozumieć przyszłość, którą sobie przygotowujemy przez obecne działania” – dodał jeszcze, bym nie miała już żadnych wątpliwości.
W czasie spaceru po obiedzie powróciliśmy do tego tematu. „Bóg dał nam różne talenty do wykorzystania w tym nowym roku. To jest tak, jak z grą w karty. One już zostały rozdane, ale od nas zależy, w jaki sposób zagramy nimi w naszym życiu” – tłumaczył mi tata. Mama przysłuchiwała się naszej rozmowie i po chwili wyciągnęła z torebki zapisaną kartkę. „To są zasady dobrej gry w życie, które ułożył pewien prorok” – powiedziała i wręczyła mi modlitwę św. Franciszka. Mój drogi pamiętniku, chcę byś ty też poznał te mądre zasady i dlatego przepiszę je teraz na następnej stronie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia
Twojego pokoju,
abyśmy siali miłość tam,

gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie tam,

gdzie panuje krzywda;
zawierzenie tam,

gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję tam,

gdzie panuje rozpacz;
światło tam,

gdzie panuje mrok;
radość tam,

gdzie panuje smutek.
Spraw, abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy,
co pociechę dawać,
nie tyle szukać zrozumienia,
co rozumieć;
nie tyle szukać miłości,
co kochać;
albowiem dając – otrzymujemy;
wybaczając – zyskujemy przebaczenie,
a umierając,
rodzimy się do wiecznego życia.

Bardzo podoba mi się ta modlitwa. Postaram się ją sobie codziennie przypominać. A swoją drogą, święty Franciszek miał chyba wspaniałą mamę i siostrę, skoro ułożył taką modlitwę, której nie powstydziłaby się nawet kobieta. A może pomagała mu święta Klara?

Okropna demokracja

6 stycznia, poniedziałek

Każdego roku w święto Trzech Króli wypisujemy na drzwiach skróty ich imion. Niestety, napis K+M+B źle mi się kojarzy. Nie da się ukryć, że K+M+B to przecież aktualna koalicja rządząca w naszym domu. W dodatku jest to koalicja, która zawsze wygrywa. Chyba już się domyślasz, mój pamiętniku, że K+M+B znaczy Konradek + Mama + Babcia. Nawet jeśli w jakiejś sprawie tata popiera moje zdanie, to i tak przegrywamy stosunkiem głosów 3:2!
„Nie znoszę demokracji” – powiedziałam do taty w czasie popołudniowego spaceru. Oczywiście nie przyznałam się, że chodzi mi o koalicję rządzącą w naszym domu. Ale tatuś chyba i tak się wszystkiego domyślił. Wyjaśnił, że w demokracji rządzi ten, kto ma więcej głosów, a nie ten, kto ma rację. „Pomyśl, jakie to dziwne. Żeby decydować o losie szkoły czy fabryki, trzeba mieć określone wykształcenie i przygotowanie. Żeby decydować o losie państwa, wystarczy być jego obywatelem” – dodał, ale chyba sam nie wierzył, że może mnie w ten sposób pocieszyć.

Dobra skleroza

8 stycznia, środa

Dzisiaj odwiedził nas pan doktor, który przez kilka dni przebywał na urlopie. Na szczęście nikt w rodzinie nie choruje, ale on chciał nam osobiście złożyć spóźnione życzenia noworoczne. Pan doktor całkiem nas zaskoczył. Nie życzył nam bowiem zdrowia, lecz... dobrej sklerozy. „Tak, jak istnieje dobry cholesterol, tak też istnieje dobra skleroza” – powiedział tajemniczo. Później wyjaśnił, że dobrą sklerozę mamy wtedy, gdy potrafimy zapomnieć o sobie. Wówczas jesteśmy spokojniejsi i szczęśliwsi, a także bardziej kochamy innych ludzi i poprawia się nam nawet nasze fizyczne samopoczucie.
„Już wiem! W zdrowym ciele zdrowe ciele!” – wykrzyknął Konradek, nieco przekręcając usłyszane kiedyś przysłowie. Tymczasem rodzice życzyli panu doktorowi samych zdrowych pacjentów, a ja przypomniałam sobie, że wujek Marek tłumaczył mi kiedyś, żebym starała się zapominać o moich obawach w czasie klasówek. To też taka dobra skleroza, która ułatwia, by skupić się na tym, co piszemy, a nie na tym, co przeżywamy.
W czasie kolacji mamusia powiedziała, że zna wiersz księdza Jana o dobrej sklerozie. Mój drogi pamiętniku, przepiszę teraz najważniejsze zdanie z tego wiersza, abyś i ty mógł je dobrze zapamiętać: „Zapomnij, że jesteś, gdy mówisz, że kochasz”.

Zakochana pamięć

10 stycznia, piątek

Zbliża się już koniec pierwszego semestru. Cieszę się, że mam w szkole dobre stopnie. Ale przecież zawsze można mieć jeszcze lepsze. Gdy pan doktor życzył nam przedwczoraj dobrej sklerozy, to sobie przypomniałam, że czasem zapominam w szkole to, co powinnam pamiętać. Niestety, w szkołach skleroza nie jest jeszcze doceniana.
Dzisiaj po obiedzie rozmawiałam z tatusiem o tym zapominaniu. On mi powiedział, że najlepiej funkcjonuje pamięć u ludzi zakochanych. Na przykład święty Jan po kilkudziesięciu latach pamiętał jeszcze godzinę, w której po raz pierwszy spotkał Jezusa. „A jak ja zakochałem się w twojej mamie, to w ciągu kilku minut nauczyłem się tekstu piosenki z filmu „Love story”. To był film o miłości silniejszej niż śmierć, a słowa piosenki pamiętam do dziś” – z wielką dumą stwierdził tata i zaczął śpiewać z pięknym rumieńcem na twarzy.
Mój powierniku, szkoda, że tak trudno mieć pamięć zakochaną na przykład w matematyce albo chemii. Ale najważniejsze to pamiętać, że rodzice kochają mnie niezależnie od moich stopni szkolnych. No i że zawsze będą mi stawiać wymagania, żebym miała dobrą przyszłość przed sobą. A nie za sobą.

Rozmiary miłości

12 stycznia, niedziela

Już od wczoraj Konradek przypominał nam o jasełkach, które przygotowały dzieci z jego grupy w przedszkolu. Dzisiaj po południu wybraliśmy się tam całą rodzinką. Tylko prababcia została w domu, bo niezbyt dobrze się czuła.
Główna sala w przedszkolu była wypełniona do ostatniego miejsca. Siostra Marta przywitała wszystkich widzów, a za chwilę kurtyna poszła w górę. Zaczęły się jasełka, które nas zupełnie zaskoczyły. Nie była to historia o narodzeniu Jezusa w żłóbku, ale o sześcioletnim chłopczyku (to był Konradek!), który musiał przeprowadzić się z rodzicami do innego miasta, w którym jego tata znalazł pracę. Chłopczyk czuł się strasznie samotny w nowym miejscu i w nowym przedszkolu. Nie znał tu jeszcze nikogo, chodził smutny i często sobie popłakiwał. Wtedy jego rodzice (w tej roli pani wychowawczyni i pan woźny!) postanowili poprosić sąsiadkę (a w tej roli siostra Marta!), by na całą noc związała ich mocno sznurami od suszenia bielizny. Mieli nadzieję, że rano zrobią się dzięki temu bardzo mali i że ich synek będzie miał wreszcie koleżankę i kolegę swojego wzrostu. Rano jednak okazało się, że wcale się nie zmniejszyli, a za to strasznie bolał ich krzyż.
W drugiej scenie pojawił się anioł i wyjaśnił pasterzom, że jest ktoś bardzo wielki, kto nas tak ogromnie kocha, że przychodzi do nas jako małe dziecko. To Jezus – najlepszy przyjaciel dzieci. Teraz rozumiem wreszcie co to znaczy, że Boża miłość jest pełna fantazji.

Koniec rasizmu

16 stycznia, czwartek

Dzisiaj przyjechał do nas znajomy rodziców, który ma na imię Jan. A właściwie to John, bo jego rodzice są Polakami, ale on urodził się w Ameryce. Pan John mówi trochę dziwnie po polsku. Tak, jakby był góralem. Mieszka w Detroit i uczy informatyki w szkole podstawowej.
Przy kolacji mówił wiele ciekawych rzeczy o swojej nowej ojczyźnie. A później opowiedział jeszcze ciekawszą historię z jego szkoły. W każdej klasie są tam dzieci biało- i czarnoskóre. One czasem kłócą się między sobą i nie chcą się razem bawić. Kilka tygodni temu pani wychowawczyni w jednej z takich klas powiedziała, że odtąd nie ma już dzieci białych i czarnych, bo wszystkie są zielone i teraz nie może być już żadnych podziałów.
„Ty jaki jesteś?” – pytała po kolei uczniów, a wszystkie dzieci odpowiadały, że są zielone. Na koniec wychowawczyni powiedziała, że następnego dnia nie będzie lekcji, lecz wycieczka szkolna, aby uczcić koniec rasizmu. „Żeby nie było zamieszania przy wsiadaniu do autobusu, to pamiętajcie, aby dzieci jasnozielone wsiadały przednimi drzwiami, a dzieci ciemnozielone tylnymi” – poinformowała na zakończenie. To oczywiście tylko wesoła historyjka, którą opowiedział John, ale ona przypomina nam o tym, jak trudno jest pozbyć się podziałów między ludźmi.

Która strona życia?

18 stycznia, sobota

Przed południem przyszedł do nas ksiądz proboszcz, który po Bożym Narodzeniu odwiedza wszystkie rodziny w naszej parafii. Po wspólnej modlitwie poświęcił dom, a później rozmawiał z każdym z nas. Wyglądało na to, że już pojednał się z Konradkiem, bo obaj uśmiechali się do siebie od ucha do ucha. „Zjesz z nami obiad?” – mój braciszek spytał proboszcza takim tonem, jakby byli dobrymi kolegami z przedszkola.
W czasie obiadu ksiądz opowiedział o smutnym wydarzeniu. W poniedziałek będzie w parafii pogrzeb młodego mężczyzny, który zmarł po kilku latach ciężkiej choroby. „Proszę Boga, aby już niedługo mnie też zabrał na drugą stronę życia” – powiedziała niespodziewanie prababcia Marysia.
Przez chwilę zrobiło się przy stole zupełnie cicho. „To ty chcesz odwrócić życie na lewą stronę?” – Konradek przerwał ciszę dziwnym pytaniem. „Wydaje mi się, że to właśnie na ziemi nasze życie jest odwrócone na lewą stronę. Mam nadzieję, że Bóg pomoże mi je odwrócić na stronę prawą” – powiedziała prababcia chyba bardziej do siebie niż do Konradka.

Nauczyciel, który jest przyjacielem

20 stycznia, poniedziałek

Dzisiaj miałam ostatnią przed feriami lekcję gry na pianinie. Bardzo chętnie chodzę do ogniska muzycznego, bo mój nauczyciel jest prawdziwym przyjacielem dla swoich uczniów. On uczy nas nie tylko sztuki grania na jakimś instrumencie, ale także sztuki życia. Często przypomina nam, że muzyka to komentarz do tego, co dzieje się w sercu człowieka. Dzięki rozmowom z nim mogłam zrozumieć, dlaczego niektórzy słuchają dziwnego hałasu, który nazywają muzyką. To jest taki muzyczny autoportret ich życia.
Gdy w czasie lekcji zaczynam grać jakiś utwór, to mój profesor natychmiast wie, co tego dnia przeżywam. Mogę mu się ze wszystkiego zwierzyć, gdyż jest bardzo dyskretny i potrafi mnie zrozumieć. Umie też dodać nadziei, kiedy świat jest w tonacji molowej. Marzę, aby w przyszłości dostać się do zespołu muzycznego, który prowadzi pan Tadeusz. Ale już teraz cieszę się, że mam wspaniałego nauczyciela, u którego każda lekcja muzyki jest lekcją życia.

Znowu rozstanie

22 stycznia, środa

Mój drogi pamiętniku, wreszcie doczekałam się ferii zimowych. Ale niestety mam też smutną wiadomość dla ciebie i dla mnie. Musimy się rozstać na dziesięć dni, bo wybieram się na obóz w góry. W plecaku harcerki nie byłoby ci zbyt wygodnie. Poza tym mógłbyś zmarznąć i zaziębić się.
Zabiorę ze sobą misia, ale żeby nie było ci przykro, to zostawię w domu pianino, a ciebie schowam do środka. Gdy wrócę, to przywitam was jednocześnie, aby nie było między wami zazdrości. No i oczywiście wszystko ci wtedy opowiem.

Fortepianowe sanki

1 lutego, sobota

Mój powierniku, znowu jesteśmy razem! Chyba obydwoje żeśmy dobrze wypoczęli i zatęskniliśmy za sobą. W czasie ferii przekonałam się, że rozstanie na jakiś czas oddala od siebie ludzi niezbyt zaprzyjaźnionych, ale przybliża prawdziwych przyjaciół. W górach codziennie wieczorem wspominałam moją rodzinę, ciebie i pianino. Ale dopiero wtedy, gdy zgasło już światło. Przed pójściem do łóżka zawsze trzeba umyć zęby. A kiedy się już położymy, to czasem trzeba też przepłukać oczy...
Prawie codziennie wspinaliśmy się po górach. Kiedy zaś przyszła odwilż i zrobiło się ślisko, spacerowaliśmy aż do zmierzchu po dolinach. Cieszyliśmy się pięknem pokrytej białym puchem przyrody. Niektórzy chłopcy zaczynali podziwiać krajobrazy dopiero wtedy, gdy na horyzoncie pojawiało się jakieś schronisko. Ale od chłopców nie można wymagać zbyt wiele. Przecież oni nie mają geniuszu kobiety.
Przedwczoraj rozegraliśmy konkurs na najbardziej pomysłowy pojazd do zjeżdżania po śniegu. Większość harcerzy wykorzystała do tego wypożyczone sanki, ale chodziło o to, by ich obudowa była szczególnie oryginalna i niezwykła. W ten sposób pojawiły się pojazdy, które przypominały samoloty, okręty podwodne, baranki, rekiny... Ja zjeżdżałam na czyś, co od biedy udawało fortepian.
W domu chyba wszyscy za mną tęsknili, bo przy powitaniu przepłukiwał sobie oczy nawet Konradek. Zresztą zaraz się pochwalił, że chciał uczestniczyć w nowej konkurencji, czyli w pucharze świata w skokach narciarskich parami. W tym celu razem z Jureczkiem wdrapał się na pokryty śniegiem dach komórki u naszych sąsiadów. Na szczęście za pierwszym razem w czasie wspinaczki uciekły im sanki, a przy drugiej próbie zauważył ich właściciel „skoczni” i odwołał zawody.

Dwa w jednym

2 lutego, niedziela

Zaraz po Mszy świętej poszłam z całą rodzinką do sióstr zakonnych, które mieszkają koło plebanii, bo one mają dzisiaj swoje święto. Konradek dzielnie dźwigał trzy czerwone róże. Po jednej dla każdej z sióstr. „Bo niektóre dzieci nie chcą wracać z przedszkola do domu” – przypomniał mój braciszek to, o czym wszyscy żeśmy wiedzieli.
Zostaliśmy w domu sióstr ponad godzinę. One mają równie dobre serca co ciastka, które pieką. Szkoda tylko, że nie można być jednocześnie żoną, mamą i zakonnicą. A swoją drogą, jakie to ciekawe, że najbardziej znaną na świecie osobą, którą nazywamy mamą, jest Matka Teresa, czyli siostra zakonna.
Przez cały wieczór nurtowała mnie dzisiaj ta myśl o mamusiach i zakonnicach. Dzięki temu odkryłam, że przecież Maryja była jednocześnie prawdziwą mamą i prawdziwą siostrą zakonną. Dwa w jednym! Chyba tylko geniusze mogą to zrozumieć.

Dżem i ekologia

3 lutego, poniedziałek

Idąc na zakupy spotkałam po południu Dominika i Tomka. Okazało się, że Tomek był w czasie ferii z rodzicami we Włoszech. „W takich górach, które nazywają się Dolomity!” – dodał i z poczuciem wyższości spojrzał na Dominika. Wiedział przecież, że jego kolega całe ferie spędził w domu, aby opiekować się chorą babcią, gdy rodzice szli do pracy.
Tomek chwalił się, że codziennie zjeżdżał na nartach, a wieczorami chodził z rodzicami na pizzę. „W ostatnim dniu zrobiłem sobie zdjęcie na tle najpiękniejszego szczytu w Dolomitach, który nazywa się Dżem” – dodał i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. „Przywiezione z Włoch. Teraz palę tylko takie!” – pochwalił się.
Nie wiedziałam, że Tomek pali papierosy. Było mi przykro. Pomyślałam sobie, że jest chyba bardzo nieszczęśliwy, skoro wyrządza sobie tak wielką krzywdę. A poza tym, jaki ma sens to, by jechać w góry i oddychać czystym powietrzem, jeśli ktoś zatruwa własne wnętrze? Ma rację tata, gdy mówi, że najpierw trzeba chronić przed zatruciami człowieka, a dopiero środowisko, w którym żyje. A tatuś zna się na tym dobrze, bo pracuje jako ekolog.

PS. Po kolacji zajrzałam do atlasu, aby zobaczyć, gdzie leżą góry, w których Tomek spędził ferie. Okazało się, że ten szczyt w Dolomitach to wcale nie nazywa się Dżem, tylko Marmolada.

Smok, którego nie trzeba się bać

8 lutego, sobota

Wchodząc do domu po wspólnym spacerze z tatą i Konradkiem, po raz pierwszy zobaczyłam w kuchni panią Wandę. Nigdy wcześniej do nas nie zaglądała. A teraz rozmawiała właśnie z mamą, trzymając na kolanach swojego uroczego synka, który miał cztery latka, a wyglądał na pięć.
„Właśnie opowiadałam pana żonie o tym, że od kilku dni mój Jareczek nie chce chodzić spać. Do tej pory bał się psów, a teraz w dodatku strasznie boi się smoka, który przyśnił mu się w zeszłym tygodniu” – wyjaśniała tacie, jakby chciała usprawiedliwić swoją niespodziewaną wizytę. Była całkiem roztrzęsiona.
Tatuś przytulił Jarka i uśmiechnął się do niego z właściwym sobie spokojem. Spokój mojego taty jest tak spokojny, że czasem to aż mnie denerwuje. „Zaraz ci coś pokażę” – powiedział do chłopczyka i poszedł do salonu. Za chwilę wrócił, niosąc nasz rodzinny album z fotografiami. „Ja się boję!” – krzyknął synek pani Wandzi, gdy tylko tatuś pokazał mu zdjęcie Torreadora i Gladiatora. Tata zamknął album i spytał chłopczyka, czy te psy ze zdjęcia mogą go ugryźć. „Nie, ale ja i tak nie chcę ich oglądać!” – powiedział stanowczo. Wtedy tatuś zaczął mu wyjaśniać, że z tym smokiem ze snów jest całkiem tak samo, jak ze zdjęciem Torreadora i Gladiatora. Psy na zdjęciu mogą nas przestraszyć, ale nie mogą nas ugryźć. „Jak ci się znowu przyśni smok, to powiedz mu, że on jest tylko taki papierowy smok, który nie może cię skrzywdzić. W dodatku jego los zależy od ciebie, bo gdy tylko się obudzisz, to on musi zniknąć, prawda?” – spytał tata malca, który słuchał z otwartą buzią.
Jeszcze przez kilka minut tata wyjaśniał Jarkowi na różne sposoby, że smok z jego snów nie jest groźny. „Jak ci się znowu przyśni, to zaraz mu to powiedz, zgoda?” – zaproponował i jeszcze raz przytulił naszego małego gościa. „Tak, powiem!” – odpowiedział synek pani Wandzi i nagle się uśmiechnął, czym zaskoczył nawet swoją mamę. A za chwilę popędził z Konradkiem, poznawać tajemnice naszej piwnicy. I niczego się tam nie bał.
W czasie kolacji wróciliśmy jeszcze do rozmowy o snach i o lękach. „Kiedy już wiemy, że nasze sny mogą nas naprawdę przestraszyć, ale nie mogą nas naprawdę skrzywdzić, to wtedy zaczynają się nas wstydzić i znikają” – powiedział tatuś na koniec. Muszę to sobie dobrze zapamiętać.

If I marry

14 lutego, piątek

Dzisiaj w szkole świętowaliśmy Dzień Zakochanych. W naszej klasie każda z dziewcząt dostała pocztówkę z miłym napisem albo z osobistą dedykacją. W gimnazjum to podobno chłopcy dzisiaj nie używali przekleństw i nie palili papierosów, a niektórzy to sobie nawet wyczyścili paznokcie.
Przy wyjściu ze szkoły czekał na mnie Dominik z Tomkiem. „Ten szczyt w Dolomitach to wcale nie Dżem, tylko Marmolada” – powiedziałam dumna z mojej geograficznej wiedzy. Tomek był trochę zakłopotany, ale mimo to wyciągnął z tornistra małą różę, która w tej fazie swego istnienia dosyć dobrze nadawała się do tego, by ją zasuszyć. „A to ode mnie na Dzień Zakochanych” – powiedział cicho Dominik i wręczył mi list w kopercie w kształcie serca. „To my już musimy iść” – zadeklarowali prawie równocześnie i znikli za rogiem szkoły, zanim zdążyłam im podziękować za prezenty.

Gdy weszłam na podwórko, podbiegł do mnie Gladiator i nieoczekiwanie wyrwał mi różę z ręki. Może pomyślał, że to walentynka dla niego. Na szczęście nie mógł mi zabrać listu od Dominika, bo schowałam go do tornistra. Ciekawiło mnie, czy będzie tam znowu pocztówka z napisem: „Dla tej jedynej”. Okazało się, że tym razem napisał coś od siebie i to w dodatku po angielsku. „If I marry, I marry merry Mary. With love, Dominik” – głosił napis starannie wykonany czerwonym mazakiem. „Jeśli poślubię, to wesołą Marysię” – pomyślałam sobie, że po polsku to też brzmi całkiem nieźle. . Oprócz pocztówki znalazłam jeszcze w liście karteczkę z dopiskiem: „Przepraszam za tamto moje wrześniowe kłamstwo i tchórzostwo. Bardzo mi wstyd”. Ucieszyłam się, że teraz Dominik ma więcej odwagi. Przy najbliższej okazji powiem mu, że już dawno mu wybaczyłam.

Ponieważ radości chodzą parami, więc za chwilę wszedł do mojego pokoju Konradek  „To dla ciebie od świętego Walentego” – wyjaśnił i wręczył mi własnoręcznie wymalowaną laurkę z pięknym serduszkiem. Prawie dokładnie taką, jak cztery inne, które wczoraj przez całe popołudnie przygotowywał dla swoich koleżanek z przedszkola. „Dzisiaj wcale ci nie będę dokuczał” – dodał jeszcze wielkodusznie i wyszedł. 
Tata wrócił z pracy prawie godzinę później niż zwykle. Okazało się, że musiał zajrzeć aż do trzech kwiaciarni, aby znaleźć ulubione róże mamy. Z kwiatami wręczył jej tomik wierszy o miłości. „A dla ciebie mam wiersze o zakochaniu” – powiedział i serdecznie mnie przytulił. „Miłość i zakochanie to nie to samo?” – spytałam. Tata popatrzył na mnie z uśmiechem i powiedział: „Jutro zapraszam cię na długi spacer. Wtedy ci wszystko wyjaśnię”. W tym momencie zapragnęłam, żeby jutro było już dziś.

Różańcowe zakochanie

15 lutego, sobota

W soboty tata nie jeździ do pracy, więc już po śniadaniu poprosiłam go, abyśmy poszli na obiecany spacer. Byłam ciekawa, czym się różni miłość od zakochania. „Pamiętasz, że jako mała dziewczynka nie chciałaś nigdy zostać w domu bez mamy albo beze mnie?” – spytał tatuś, gdy byliśmy koło skutego lodem jeziora. Oczywiście, że to pamiętałam. Tata wyjaśnił, że to było właśnie pierwsze zakochanie. Małe dziecko nie wyobraża sobie życia bez rodziców i jest przekonane, że z nimi i tylko z nimi może być szczęśliwe aż do śmierci.
„Kiedy mamy naście lub trochę więcej lat, wtedy przeżywamy to klasyczne zakochanie, opisywane w książkach i filmach. Teraz jesteśmy ogromnie zauroczeni kimś spoza rodziny” – powiedział tatuś. Najbardziej mnie zdziwiło to, że później porównał zakochanie do różańca. Zakochani przeżywają najpierw tajemnice radosne i tajemnice światła. Są szczęśliwi, jak dziecko przytulone do mamy czy taty, a ich twarze wręcz promienieją radością. Jednak po pewnym czasie przychodzą tajemnice bolesne. Zakochani stają się zazdrośni i boją się tego, że ta druga osoba ich opuści. Coraz częściej złoszczą się na samych siebie, że są od kogoś tak bardzo zależni. Zaczynają cierpieć, ale właśnie dlatego mają szansę wejść w tajemnice chwalebne, czyli stopniowo odzyskiwać swoją niezależność.
„Czyli zakochanie to nie jest dobry sposób na całe życie?” – zapytałam trochę rozczarowana. „Tak, Perełko. Ale przeżycie zakochania jest nam potrzebne, bo ono sprawia, że możemy dorastać do prawdziwej miłości. A wtedy potrafimy kochać nawet tych, których nie lubimy. O tym jednak porozmawiamy następnym razem, bo uczenie się miłości wymaga czasu i cierpliwości” – powiedział tata i zaproponował, byśmy poszli teraz po Konradka, który czeka na nasz powrót i jest chyba trochę zazdrosny.

Nieszczęsna genetyka

21 lutego, piątek

„Znowu dostałam szóstkę z klasówki!” – powiedziałam w czasie kolacji niby od niechcenia. „Ta dobra skleroza naprawdę działa, bo jak tylko zapominam o sobie, to zaraz przypominam sobie o matematyce i udaje mi się bez problemu rozwiązać wszystkie zadania” – dodałam z niezbyt chyba przekonywującą pokorą w głosie. Bądź co bądź zasłużyłam sobie na uznanie ze strony rodziców.
„Wygląda na to, że po tacie odziedziczyłaś inteligencję typową dla mężczyzn, a po mnie geniusz, intuicję i wrażliwość typową dla kobiet” – zauważyła mama, tak jakby się zorientowała, że dzisiaj miałam większy apetyt na pochwały niż na szynkę. „A pokorę to chyba odziedziczyłaś jednocześnie po mamie i po mnie, Marysiu” – dorzucił tata trochę złośliwie. Znowu się przekonałam, że świat mężczyzn jest zdecydowanie zbyt prosty. Oni wszystko rozumieją dosłownie.

Michał Anioł i gwarancja

22 lutego, sobota

Io mi chiamo Matteo e loro sono i miei genitori! – wykrzyczał Mateusz wpadając do przedpokoju z taką szybkością, że zderzył się z babcią, która w tym momencie wychodziła z kuchni. „On mówi, że ma na imię Matteo i że to są jego rodzice” – z dumą przetłumaczyłam autoprezentację naszego gościa. Za chwilę w drzwiach pojawiła się Lidia i Michał Anioł, a właściwie Michelangelo, bo tak brzmi jego imię po włosku.
W czasie uroczystej kolacji nasi włoscy goście, którzy miesiąc temu przyjechali do Polski, podzielili się radosną wiadomością, że od wczoraj Matteo jest oficjalnie ich synem. Chyba wszystkim nam wydawało się, że znowu przeżywamy Boże Narodzenie. W każdym razie nastrój był tak bardzo podobny, że zaczęłam nucić jakąś kolędę i nawet tego nie zauważyłam.
Rozmowa toczyła się w trzech językach: po polsku, po włosku i w języku migowym. Byłam trochę zazdrosna, bo Mateusz rozumiał już po włosku więcej ode mnie. A najbardziej zaskoczyło mnie to, że Lidia i Michelangelo potrafili całkiem dużo powiedzieć po polsku. Znowu mogłam się przekonać, jak dobrze działa „zakochana” pamięć. W poniedziałek Matteo leci z rodzicami samolotem do Włoch. „Będę mieszkał koło Milano. Wiesz, gdzie to jest?” – spytał mnie i znowu przytulił się do swojej mamusi.
W czasie kolacji babcia powiedziała, że trudno jest wychować adoptowane dzieci. „Nie ma żadnej gwarancji, że to się uda” – dodała. Wtedy Michelangelo uśmiechnął się i objął ramieniem swoją żonę i synka. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, co powiedziała babcia, a po chwili bardzo śmieszną polszczyzną powiedział, że gdyby chciał czegoś z gwarancją, to kupiłby sobie telewizor.
Przy pożegnaniu wszyscy oczywiście mieliśmy łzy w oczach. Matteo uroczyście obiecał, że będzie do nas pisał listy. „Pół po polsku, a pół po włosku” – wyjaśnił. Natomiast Lidia i Michelangelo zaprosili nas do złożenia wizyty w Mediolanie.
„Czy mama Mateusza to naprawdę Lidia?” – spytał mój braciszek, kiedy samochód z naszymi gośćmi zniknął za zakrętem drogi. „Oczywiście, że tak” – odpowiedziałam. „To dlaczego mówi, że mieszka koło Mediolanu, skoro jest z tego filmu o pożarze Rzymu?” – zauważył Konradek, myląc co prawda Lidię z Ligią, ale i tak potwierdzając w ten sposób, że i on odziedziczył po tatusiu coś z męskiej inteligencji.

Preludium smutku

25 lutego, wtorek

Gdy Mały Książę był smutny, to godzinami oglądał zachody słońca. Moim zachodem słońca stało się teraz preludium e-moll Chopina. Już od dwóch tygodni uczę się go grać u pana Tadeusza. To wspaniały utwór, pełen tajemniczego smutku. To znaczy takiego pięknego smutku, po którym przychodzi niespodziewana radość.
Dzisiaj znowu cały dzień byłam w takim dziwnym nastroju i mogłam godzinami grać moje preludium. Cieszę się, że w podobnych dniach tata jest dla mnie cierpliwy i niczemu się nie dziwi. Czasami to jednak dobrze, że świat mężczyzn jest taki prosty. No i że miłość to coś więcej niż zakochanie i uczucie.

Największe kalectwo

28 lutego, piątek

Dzisiaj niedaleko naszej miejscowości był wypadek. Pędzący z nadmierną szybkością samochód wpadł na zakręcie w poślizg i uderzył w drzewo. Jeden z pasażerów został odwieziony do szpitala. W czasie kolacji rozmawialiśmy o tym, a mama przypomniała nam, żeby chodzić tylko lewym poboczem drogi i uważać na nadjeżdżające z przeciwka pojazdy. „O nieszczęście nietrudno i można zostać kaleką na całe życie” – powiedziała zaniepokojona.
„A ja wiem, kto jest największym kaleką!” – krzyknął Konradek i podniósł rękę, jakby się zgłaszał w szkole do odpowiedzi. „To głuchoniemy ślepiec” – dodał wyraźnie rozżalony, że nikt nie zareagował na jego pierwszą wypowiedź. Przez chwilę zapanowała przy stole zupełna cisza. „Największym kaleką, syneczku, jest ten, kto nie umie kochać” – powiedział tatuś i przytulił Konradka. Drugim ramieniem objął mnie i dodał: „A najlepszą inwestycją na całe życie jest dobre wychowanie”.

Tylko trochę

1 marca, sobota

 

Zgodnie z dobrą tradycją w sobotnie popołudnie zajrzała do nas pani Władzia. Mimo że moi rodzice nie podzielali jej poglądów na temat horoskopów, ludowych przysłów ani snów, to jednak lubiła nas odwiedzać, a czasami zwierzała się ze swoich problemów i prosiła o radę.
Gdy weszła do pokoju, była wyraźnie przejęta. Bez słowa usiadła koło kominka, a na jej policzkach pojawiły się łzy. Mama dała mi do zrozumienia wzrokiem, bym wyszła i zostawiła ją sam na sam z gościem. „Bo wie pani, że moja Martynka jest tak jakby... trochę w ciąży” – zdążyłam jeszcze usłyszeć, gdy zamykałam za sobą drzwi. A gdy szłam po schodach w kierunku mego pokoju, słyszałam coraz głośniejszy szloch pani Władzi. Mnie też łzy stanęły w oczach. To przecież straszne, kiedy dziecko nie jest największą radością dla mamusi. Albo kiedy mama i dziecko nie są największą radością dla tatusia.

Momo

2 marca, niedziela

Po południu skończyłam czytać książkę o dziewczynce, która miała na imię Momo. Ona potrafiła wspaniale wsłuchiwać się w to, co mówili ludzie, których spotykała. Osoby te zaczynały wówczas lepiej rozumieć same siebie i postanawiały mądrzej żyć.
Ja też się już przekonałam, że czasami pomagamy innym ludziom nie wtedy, kiedy do nich mówimy, ale wtedy, kiedy wsłuchujemy się w to, co się dzieje w ich sercu. Teraz rozumiem, dlaczego Bóg dał nam dwoje uszu, a tylko jedną buzię. Ale ludzie sobie i z tym problemem poradzili, bo niektórzy nauczyli się rozmawiać rękami.

Karnawał

4 marca, wtorek

Tłusty wtorek uczciliśmy domowymi pączkami i lodami, które przywiózł tata, wracając z pracy. Ponieważ wszyscy postanowiliśmy (chociaż niektórzy bez entuzjazmu), że w Wielkim Poście nie będziemy patrzeć na telewizję, to na koniec karnawału obejrzeliśmy film pod tytułem „Niekończąca się opowieść”.
Głównym bohaterem tego filmu jest dwunastoletni Bastian. Chłopiec bardzo tęskni za zmarłą mamą i boi się chodzić do szkoły, bo dokuczają mu tam źli koledzy. Pewnego dnia dostaje tajemniczą książkę o Królestwie Fantazji, które zaczyna po kawałku znikać. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje. Cesarzowa Królestwa Fantazji, mała dziewczynka, wzywa na pomoc swoich rycerzy. Najdzielniejszym z nich okazuje się Atreiu, który ma tyle samo lat, co Bastian. Ten dzielny wojownik pokonuje wszelkie przeszkody, dokonuje cudów odwagi. Nie boi się ani strasznych zwierząt ani grzęzawisk. Wpada w przerażenie dopiero przy ostatniej próbie, gdy musi spojrzeć w lustro. W lustrze bowiem dostrzega twarz Bastiana.
Po obejrzeniu tego filmu pomyślałam sobie, że rzeczywiście każdy z nas zachowuje się czasem jak bezradny Bastian, a innym razem jak nieustraszony Atreiu. No i że Królestwo Ludzkiej Fantazji nie zniknie, dopóki pozostanie na ziemi chociaż jeden człowiek, który umie kochać. Bo przecież ludzie powstali z fantazji miłości.

Krzywa podłoga i tonący Titanic

5 marca, środa popielcowa

Wieczorem byliśmy wszyscy w kościele, aby przygotować się do Wielkiego Postu. Tylko prababcia została w domu. Przed południem przyszedł do niej ksiądz proboszcz, bo poprosiła o spowiedź i Komunię świętą. A mnie kilka razy przypominała, bym po Mszy świętej przyniosła jej trochę popiołu, którym ksiądz posypuje głowy.
„A po co jest ten duży post?” – spytał Konradek w czasie kolacji. „Żeby pokutować i nawracać się” – odpowiedziała babcia, ale mój brat sprawiał wrażenie, że dalej nie wie, o co chodzi. „Najlepiej wyjaśni ci to Marysia” – zadeklarował tata. „Może przy okazji i ja coś zrozumiem” – dodał, wystawiając mnie chyba na próbę.
„Konradku, słyszałeś kiedyś o takim wielkim okręcie, który utonął z pasażerami?” – spytałam po chwili namysłu. „Tak, to był Tamtamik!” – ożywił się mój brat. „Titanic” – poprawił go tatuś, który nie lubi, jak ktoś przekręca nazwy. „My właśnie żyjemy jakby na takim tonącym statku, albo w takim dziwnym mieszkaniu z krzywą podłogą. Można się tu łatwo przewrócić, wylecieć za burtę, a nawet utonąć. Wielki Post jest po to, byśmy mocniej się trzymali Boga za rękę i wyrównali podłogę, po której chodzimy” – mówiłam trochę stremowanym tonem początkującej nauczycielki.
Konradek chyba dalej nie wiedział o co chodzi, ale on ma jeszcze czas, żeby to pojąć. Ale za to ja coś więcej zrozumiałam na temat Wielkiego Postu. Tymczasem tatuś uśmiechnął się do mnie i spojrzał mi w oczy. A po chwili powiedział: „Chodzi o to, żeby każdy z nas tak odpowiadał na wątpliwości innych ludzi, by sam znajdywał odpowiedzi na najważniejsze pytania, prawda Perełko?”

Antykołysanka

7 marca, piątek nad ranem

W tym tygodniu Konradek zaczął uczyć się pisania pierwszych liter. Zauważyłam, że coraz dłużej pali się światło w jego pokoju. Za to rano mój braciszek ma jeszcze większe problemy ze wstawaniem niż ja. Wczoraj w czasie kolacji tata zapowiedział, że w Wielkim Poście potrzebna jest większa dyscyplina. „Przygotowałem antykołysankę, którą będę was odtąd budził” – oznajmił z nieukrywaną radością.
Okazało się, że melodię znałam już wcześniej, bo jest to taki słynny ragtime, którego uczyłam się w zeszłym roku w ognisku muzycznym. Natomiast słowa ułożyła wschodząca gwiazda polskiej poezji, czyli mój tata. W czasie kolacji zademonstrował on na Konradku, jak działa ta jego antykołysanka.
Poprosił, by Konradek położył się na wersalce i udawał całkiem zaspanego. Wtedy podszedł do niego i zaczął po cichu śpiewać: Czy ty możesz już wreszcie wstać? Nie można przecież aż tak długo spać! Za drugim razem śpiewał już znacznie głośniej, a za trzecim używał dodatkowo takich środków nacisku, jak łaskotanie, potrząsanie i stawianie w pozycji pionowej. To zupełnie wystarczyło, aby Konradek wstał. „Jeśli jutro rano nie przyjdziesz punktualnie na śniadanie, to osobiście pofatyguję się do twojego pokoju i zaśpiewam ci antykołysankę” – wyjaśnił i spojrzał również na mnie.

Nie wiem, w jaki sposób Konradek zdołał obudzić się w środku nocy. Wiem natomiast, po co to zrobił. Postanowił sprawdzić, czy antykołysanka zadziała na mnie i na rodziców. Zadziałała. I dlatego ja z kolei obudziłam teraz ciebie, mój zaspany pamiętniku.

Pani Władzia i feminizm

8 marca, sobota

Jak w każdą niemal sobotę pani Władzia i tym razem znalazła pretekst, by nas odwiedzić. „Składam wszystkim paniom w tym domu najlepsze życzenia z okazji Dnia Kobiet” – powiedziała, gdy tylko weszła do przedpokoju. Spojrzała przy tym na tatę z tak wyniosłą, kobiecą dumą, jakby nie był godzien zauważenia jego obecności. Za chwilę wszyscy siedzieliśmy wokół kominka. Tylko Konradek zamknął się w swoim pokoju i z nadzwyczajnym uporem ćwiczył się w trudnej sztuce pisania własnego imienia.
Mama poczęstowała naszego gościa sokiem jabłkowym, a pani Władzia zaczęła przekonywać, że warunkiem postępu ludzkości jest feminizm. „My, kobiety, musimy wreszcie wywalczyć sobie prawo, by postępować tak, jak mężczyźni!” – nieco wiecowym głosem podsumowała swoje wywody.
„Czyżby sądziła pani, że mężczyźni są wyższym sposobem bycia człowiekiem niż kobiety?” – spytał ze szczerym zdziwieniem tata. Pani Władzia na chwilę zaniemówiła i popatrzyła na nas wzrokiem typowym dla mężczyzny, który niczego nie rozumie. „A może chodzi pani o to, by kobiety żyły krócej, by dokonywały więcej przestępstw, by zażywały więcej narkotyków, albo żeby trzy razy częściej niż dotąd ginęły śmiercią samobójczą?” – dopytywał się tatuś, jakby akurat tego wieczoru postanowił zrozumieć wreszcie, do czego dążą feministki.
Pani Władzia najpierw całkiem pobladła, a później zaczerwieniła się na całej twarzy. Nadal nic nie mówiła. Wypiła w pośpiechu sok jabłkowy i podniosła się z krzesła. Wyglądało na to, że za chwilę zamierza nas pożegnać. Jednak nagle znowu usiadła i spojrzała na nas z dumą. Miałam wrażenie, że dosłownie w ostatniej chwili przypomniała sobie jakiś ważny slogan feministyczny. „Oczywiście, że to my kobiety, jesteśmy genialne, ale musimy zagwarantować sobie w konstytucji prawo, że wszyscy mężczyźni mają nas szanować!” – wykrzyknęła całkiem już odzyskawszy pewność siebie.
„To ode mnie, a nie od konstytucji zależy, czy mój mąż i mój syn będą mnie szanować. To przecież ja ich wychowuję” – powiedziała z uśmiechem mama i jednym spojrzeniem dała tacie znać, że trzeba dołożyć do kominka. Tatuś przeprosił panią Władzię, że musi na chwilę wyjść, bo trzeba przynieść trochę drewna z podwórka. „O Boże! Omal nie zapomniałam, że mąż wysłał mnie do sklepu po papierosy!” – krzyknęła pani Władzia i pobiegła w kierunku drzwi wyjściowych. Tata zdołał jeszcze ustąpić jej pierwszeństwa. On jest tak dobrze wychowany przez mamę i przeze mnie, że zawsze ustępuje pierwszeństwa kobietom. A nawet feministkom.

Superinteligencja

9 marca, niedziela

Zaciekawiło mnie to, co ksiądz mówił dzisiaj w kościele o moralności. Wyjaśnił, że moralność to taka bardzo mądra inteligencja. Dzięki niej potrafimy odróżniać te zachowania, przez które krzywdzimy siebie lub innych ludzi, od tych zachowań, które przynoszą nam radość i satysfakcję. Ksiądz powiedział też, że grzech pierworodny polegał na braku takiej superinteligencji. Pierwsi ludzie byli naiwni. Uwierzyli, że sami odróżnią dobro od zła i że poradzą sobie z życiem bez pomocy Boga.

Trudno mi zrozumieć, że ktoś może być aż tak naiwny. Ja bym sobie nigdy nie poradziła z życiem bez pomocy rodziców, przyjaciół i Boga. Zresztą moi rodzice też nie. A jakbym chciała sama odróżnić dobro od zła, to bym tak pomieszała jedno z drugim, że ze wstydu schowałabym się chyba w krzaki. Całkiem jak Adam i Ewa.

Deklaracja pomocy

11 marca, wtorek

Przed kolacją zajrzała do nas siostra dyrektorka z przedszkola. „Opowiem wam, co się dzisiaj u nas stało” – oświadczyła, spoglądając na Konradka, który w tym momencie na wszelki wypadek schował się za mamusię. „Rano ksiądz proboszcz odwiedził dzieci w przedszkolu i powiedział, że w Wielkim Poście każdy powinien się nawracać. „A nawrócenie trzeba zacząć od samego siebie” – wyjaśnił. Wtedy Konradek podszedł do niego i stwierdził: „To ja ci pomogę się nawracać!”. Mamusia wyciągnęła mojego brata zza siebie i wystawiając go na próbę powiedziała: „Chyba pójdziemy do księdza proboszcza, żebyś go przeprosił?”.
Konradek nie zdążył zareagować, bo w tym właśnie momencie wszedł do przedpokoju nasz proboszcz i z szerokim uśmiechem na twarzy wszystkich serdecznie pozdrowił. „W przyszłym tygodniu przyjeżdża do naszej parafii ksiądz biskup i pomyślałem sobie, że Konradek mógłby przywitać go w imieniu dzieci z przedszkola” – oznajmił i wręczył mojemu zdumionemu braciszkowi jakieś pudełko.
Później okazało się, że w środku był duży termos z lodami. „Mogę się z wami podzielić” – oświadczył wspaniałomyślnie Konradek. „Ja też muszę się przecież nawracać” – dodał, jakby chciał usprawiedliwić swój heroiczny gest. „A od dzisiaj mam jeszcze jednego wujka więcej” – powiedział jakby do siebie, nakładając sobie kolejną porcję lodów truskawkowych.

Ważne pytanie

12 marca, środa

Pani wychowawczyni powiedziała dzisiaj, że w naszej szkole jest coraz więcej dziewcząt, które biegają za chłopakami. Ja też często to zauważam i wtedy jest mi przykro. To przecież chłopcy powinni szukać z nami kontaktu i traktować nas jak księżniczki. Mój wujek to nawet rzucił palenie, jak się zakochał w cioci. Zresztą on by nawet zaczął palić papierosy, gdyby tylko ciocia tego akurat zażądała.
Po kolacji postanowiłam porozmawiać z tatą na ten temat, ale trochę się wstydziłam. Weszłam do jego pokoju i zakłopotana spytałam, czy nie przeszkadzam. „Ty nigdy nie przeszkadzasz, Perełko” – powiedział z uśmiechem i wyłączył komputer. „Ciekaw jestem, co dzisiaj dzieje się w twoim sercu” – dodał i przytulił mnie.
„Tato, co podobało się tobie w dziewczętach, gdy miałeś dwanaście lat?” – zapytałam dumna z umiejętności ukrywania tego, o co mi naprawdę chodziło. „Czy to znaczy, że chcesz wiedzieć, jak imponować chłopcom w twoim wieku?” – odpowiedział tatuś, nie ulegając na szczęście mojemu dyplomatycznemu talentowi.
Nie czekając na moją reakcję, tata wyjaśnił mi, że najpierw trzeba imponować samej sobie. Jeśli zacznę rozwijać mój kobiecy geniusz i stawiać sobie mądre wymagania, to mój wewnętrzny świat z pewnością zafascynuje chłopców. „Ale z początku będą to ukrywać i udawać, że bardziej interesują się koleżankami, które nie zachowują się jak księżniczki. To takie nasze męskie sztuczki” – dodał z uśmiechem.
„A gdzie mogę znaleźć kandydata na wspaniałego męża i dobrego tatusia dla moich dzieci?” – spytałam, zupełnie już rezygnując z dyplomacji. „Takiego kandydata nie ma jeszcze na tej ziemi. Ale nie martw się, Perełko. Ty możesz go sobie wychować. Jeśli tylko jakiś mężczyzna któregoś dnia spotka ciebie i rozpozna w tobie księżniczkę”.

Pietruszkowe goździki

15 marca, sobota

Wczoraj prababcia poczuła się trochę silniejsza i zdrowsza. Poprosiła więc tatę, by przygotował kilka grządek w ogródku obok domu, bo chce tam zasiać pietruszkę i seler. Tata postanowił od razu spełnić jej prośbę. Wieczorem poszedł do pokoju prababci i powiedział, że grządki są już przygotowane. Przyniósł także nasiona, które sobie zażyczyła.
Dzisiaj w czasie obiadu prababcia podziękowała tacie i z dumą oznajmiła: „Pietruszka i seler, które dzisiaj rano zasiałam obok domu, to bardzo zdrowe warzywa. Będziecie je mogli jeść przez całe lato” – dodała, jakby zapominając, że przecież ona też stołuje się razem z nami.
I wtedy wszystko się wydało. Okazało się, że rano babcia zauważyła świeżo przygotowane grządki i pomyślała, że warto tam posadzić jej ulubione goździki. Poszła zatem do sklepu i kupiła odpowiednią ilość nasion, które zdołała zasiać jeszcze przed obiadem. „To teraz będziemy mieli pietruszkowe goździki!” – wykrzyknął Konradek. „A jak tam zasadzimy jeszcze jajka, to będziemy mieli selerową jajecznicę” – dodał, popuszczając wodze swojej fantazji.

Wizytacja

20 marca, czwartek

Przy wejściu do szkoły znowu czekał na mnie Dominik z Tomkiem. Mówiąc dokładniej, to nie wiem, czy czekali na mnie, ale stali w drzwiach, gdy wchodziłam do budynku. Dominik jak zwykle z wielkim zainteresowaniem oglądał swoje buty. Chyba nie był pewien, jak zareaguję na jego list z okazji Dnia Kobiet. Postanowiłam nieco zmniejszyć jego cierpienie. „Robisz wyraźne postępy w angielskim. Gratuluję!” – powiedziałam równie szczerze, co dyplomatycznie. Dominik podniósł na chwilę wzrok, a na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.
„A co z moją różą?” – spytał Tomek, który tego ranka był w szczególnie dobrym nastroju. „Widzę, że masz dzisiaj powody do zadowolenia” – stwierdziłam, raz jeszcze popisując się klasą mojej dyplomacji, aby nie odpowiedzieć na jego pytanie. „Tak, bo dzisiaj w naszej szkole jest na wszystkich lekcjach wizytacja z kuratorium!” – pochwalił się Tomek i wydawał się wręcz wniebowzięty. „Nie boisz się, że będziesz pytany?” – zapytałam, nie rozumiejąc, jak można aż tak bardzo cieszyć się z wizytacji. „To w ogólne nie wchodzi w grę, żebym był dzisiaj pytany. Moi nauczyciele nie są przecież samobójcami!” – stwierdził z ogromną pewnością siebie. W ten sposób po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że Tomek powiedział coś pozytywnego o swoich nauczycielach.
Po lekcjach dowiedziałam się, że niektórzy nauczyciele Tomka okazali się jednak samobójcami i wezwali go do tablicy. Nie wiem, czy dobrze odpowiadał. Słyszałam tylko, że dyrektor osobiście zadzwonił do rodziców Tomka i poprosił, by jutro przyszli do szkoły. Najlepiej obydwoje.

Holowanie psów

23 marca, niedziela

Po południu odwiedził nas wujek Marek. Znowu wspominaliśmy nasz pobyt w Wilnie. Nieco później przyjechał też znajomy tatusia, który pracuje jako pedagog szkolny. „Słyszałem, że ksiądz jest psychologiem i że wśród psychologów zdarzają się czasem ludzie normalni” – trochę zaczepnie powiedział pan Jurek, gdy rodzice przestawili mu wujka. „Jestem tylko człowiekiem, a psychologia to jeden z kierunków, jakie studiowałem” – odpowiedział wujek z uśmiechem. „Mogę się jedynie pochwalić, że pierwszy odkryłem, co oznacza słowo psychologia. Jak sama nazwa wskazuje, jest to nauka o holowaniu psów. Może właśnie dlatego Gladiator i Torreador traktują mnie jak domownika” – dodał z typowym dla siebie poczuciem humoru.
Siedząc przy kominku goście zaczęli rozmawiać z rodzicami o wychowaniu. Cieszyłam się, że mogę się temu przysłuchiwać. Muszę przecież wychować Konradka, a kiedyś może też mojego przyszłego męża. No i jeszcze na dodatek samą siebie.
„Wychowanie to pomaganie, by dziewczęta i chłopcy stawali się najpiękniejszą wersją samych siebie. To zapraszanie ich do życia na takim boisku, na którym miłość, prawda, wolność i odpowiedzialność są najważniejszymi regułami gry” – powiedział wujek Marek, a później opowiadał o swoich doświadczeniach w pracy z młodzieżą.
„Musimy jednak uważać, by nie narzucać wychowankom naszych własnych przekonań i wartości” – stwierdził pan Jurek. „A już zupełnie nie wolno nam wymagać od wychowanków respektowania tych zasad i wartości moralnych, których my, dorośli, nie potrafimy zachować” – dodał głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Jednak mama wcale się tym nie przejęła. „Ależ wychowanie to właśnie proponowanie dzieciom i młodzieży tych przekonań i wartości, które w naszym życiu okazały się drogą do szczęścia. A poza tym rodzice, którzy kochają swoje dzieci, nie mają nic przeciwko temu, aby ich córki i synowie byli dojrzalsi i szczęśliwsi niż oni sami. Dlatego mają odwagę proponować dzieciom te zasady oraz wartości, które są mądre i sprawdzone. Nawet jeśli sami rodzice z jakichś względów nie potrafili dotąd według tych zasad i wartości postępować” – mamusia powiedziała te słowa z całą powagą i przytuliła mnie do siebie.
Pan Jurek był wyraźnie stremowany. Powiedział, że musi wyjść na chwilę na dwór, aby zapalić papierosa. Kiedy wrócił, wujek Marek opowiedział pewną wesołą historyjkę. Chyba chciał pocieszyć trochę pana Jurka i uratować go od następnego papierosa. Drogi pamiętniku, zapiszę sobie teraz tę anegdotkę, abyś i ty mógł się trochę pośmiać. Mam nadzieję, że niczego nie przekręcę.
W pewnej szkole zostaje zatrudniony początkujący psycholog. Przez okno swego gabinetu zauważył chłopców, grających na boisku w piłkę nożną. Podchodzi do jednego z nich i mówi:  „Może jesteś załamany psychicznie, a może twoi koledzy nie akceptują ciebie i dlatego nie biegasz z nimi po boisku za piłką”. Chłopiec odpowiada: „Wszystko jest w porządku, proszę pana, tylko że ja jestem dzisiaj bramkarzem”.

Najkrótsza powieść świata

29 marca, sobota

Czułam, że i dzisiaj odwiedzi nas pani Władzia, mimo że ostatnio tatuś potraktował ją jak kobietę, a nie jak feministkę. „Chyba już państwo słyszeli, że moja Martynka ma zamiar w czerwcu wyjść za mąż? Chcemy, by dziecko miało ojca” – wyjaśniła i zaczęła opowiadać o kandydacie na zięcia. Rodzice wsłuchiwali się w jej słowa bez komentarza. „Wiem, że jest pewien problem, bo ten mężczyzna lubi sobie porządnie popić. Ale jak się pobiorą, to on się zmieni. A poza tym Martynka wrodziła się do mnie, więc ona go sobie wychowa na dobrego męża” – tłumaczyła w taki sposób, jakby samej sobie chciała dodać nadziei.
Przy kominku zapanowała dłuższa cisza. „Małżeństwa nie zawiera się po to, by komuś pomagać w wychodzeniu z problemów alkoholowych. Małżeństwo jest dla ludzi dorosłych i szczęśliwych. A wychować dobrego kandydata na męża i ojca można jedynie przed ślubem, a nie po ślubie” – powiedziała mama, patrząc pani Władzi prosto w oczy.
Zauważyłam, że jej oczy zaszkliły się i po policzku popłynęła łza. W salonie znowu zrobiło się cicho. „Serdecznie zapraszamy do nas Martynkę. Chętnie z nią porozmawiamy. Może potrafimy jej coś doradzić. Pani Władysławo, wie pani, że czasami łatwiej jest pomóc komuś obcemu niż własnym dzieciom” – dodała mama serdecznym głosem i przyjaźnie uścisnęła dłoń naszego gościa. Znowu zrobiła się cisza. „Opowiem wam najkrótszą powieść świata” – zgłosił się po chwili tata na ochotnika. „On: czy chcesz być moją żoną. Ona: Nie. I byli szczęśliwi do końca życia”.
Wieczorem Martynka zadzwoniła do moich rodziców. Umówili się na rozmowę jutro po południu. A ja postanowiłam porozmawiać z Kingą. W zeszłym tygodniu ona mi się zwierzyła, że chce uratować jednego chłopaka z gimnazjum, który już kilka razy upił się piwem. Mój drogi pamiętniku, jeśli będę kiedyś bardzo zakochana, to przypomnij mi, że męża mogę wychować sobie tylko przed ślubem.

Prawdziwa asertywność

31 marca, poniedziałek

Dzisiaj na lekcji wychowawczej mieliśmy spotkanie z jakimś specjalistą z Warszawy. Ten pan tłumaczył nam, jak możemy się chronić przed alkoholizmem i narkomanią. Pod koniec spotkania powiedział, że musimy być asertywni. To znaczy, że musimy szczerze i bez kompleksów mówić nie, gdy ktoś nas namawia do czegoś złego.
„Tatusiu, wiesz co znaczy asertywność?” – zapytałam w czasie kolacji z nadzieją, że tata nie zna tego słowa i że będę mogła być dla niego nauczycielką. „Tak, Perełko, to teraz bardzo modne słowo” – odpowiedział tata, w zupełnie asertywny sposób utrudniając na samym starcie moją świetnie zapowiadającą się karierę nauczycielki.
Już ze znacznie mniejszym zapałem opowiedziałam rodzicom o dzisiejszej lekcji wychowawczej i sztuce asertywnego mówienia nie. Cieszyłam się, że obydwoje przysłuchiwali się uważnie temu, co mówiłam. „A czy wiesz, Perełko, komu najtrudniej powiedzieć nie?” – spytał tata. Odpowiedziałam, że chyba tym ludziom, którzy nas natrętnie do czegoś namawiają. „Zdecydowanie najtrudniej jest powiedzieć stanowczo nie samemu sobie i dlatego często sami siebie namawiamy do czegoś złego. Szkoda, że ten pan z Warszawy wam tego nie powiedział” – wyjaśnił tatuś i spojrzał dwa razy na Konradka, a tylko raz na mnie. W tym przypadku wcale nie byłam o to zazdrosna.

Kelner

1 kwietnia, wtorek

Kiedy rano otworzyłam oczy, nie byłam pewna, czy już się obudziłam, czy też jeszcze mi się coś śniło. Zobaczyłam bowiem mojego braciszka, który stał w drzwiach ze szczotką i śmietniczką w ręku. „Postanowiłem od dzisiaj być bardzo grzeczny. Chcesz, żebym ci przyniósł śniadanie do łóżka? A może wolisz, żebym najpierw posprzątał w twoim pokoju” – powiedział z tak radosną miną, jakby wygrał na loterii potrójną porcję lodów.
Uszczypałam się w policzek i spojrzałam przez okno. Było już zupełnie widno. „To chyba jednak nie jest sen” – pomyślałam i zdumiałam się jeszcze bardziej. „Konradku, a może źle się czujesz albo masz dużą gorączkę” – postawiłam hipotezę, która wydawała mi się najbardziej prawdopodobna w tym momencie. „No to mam tu zacząć sprzątać, czy jednak wcześniej przynieść ci śniadanie?” – nie ustępował Konradek. „To w takim razie przynieś najpierw śniadanie!” – zdecydowałam rozkazującym tonem. Po raz pierwszy w życiu poczułam się jak prawdziwa królewna w pięciogwiazdkowym hotelu. „Poproszę więcej sera niż szynki! I oczywiście sok jabłkowy!” – zdążyłam jeszcze krzyknąć, gdy znikał w drzwiach.
Pół godziny później zeszłam do kuchni, aby upomnieć się o obiecane śniadanie. Konradek właśnie prosił babcię o dołożenie mu jeszcze jednego kawałka białego sera. „Co tak dziwnie patrzysz? Ty naprawdę myślałaś, że przyniosę ci śniadanie do łóżka? Przecież dzisiaj jest prima aprilis!” – bez tchu wyrzucił z siebie mój braciszek. Spuściłam głowę i bez słowa wycofałam się do przedpokoju. Tego dnia postanowiłam iść do szkoły na czczo.

Niemowlęta i przestępcy

3 kwietnia, czwartek

Dzisiaj wreszcie słońce zaczęło przygrzewać tak mocno, że w czasie dużej przerwy postanowiłam  pospacerować wokół szkoły. Dominik i Tomek zauważyli mnie z daleka i ruszyli w moim kierunku. W szkole wszyscy już wiedzieli, że dyrektor dał Tomkowi ostatnią szansę. Do końca kwietnia ma poprawić wszystkie przedmioty, z których na pierwszy semestr miał jedynki. Jeśli nie, to rodzice będą musieli poszukać mu innej szkoły.
„Dostało ci się chyba nieźle od rodziców, gdy wrócili do domu po spotkaniu z dyrektorem” – zagadnęłam, kiedy Tomek podszedł do mnie, zasłaniając Dominika, który i tym razem nagle zainteresował się swymi butami. „Coś ty!” – krzyknął Tomek niemal z oburzeniem. „Oni są postępowi i pozwalają mi robić to, co chcę” – powiedział wyraźnie dumny ze swoich rodziców. „Przecież jestem wolny” – dodał jeszcze, abym nie miała już żadnych wątpliwości.
„Tato, czy to prawda, że wolny to jest ten, kto robi to, co chce?” – spytałam w czasie obiadu i opowiedziałam o rozmowie z Tomkiem. „Gdyby tak było, Perełko, to najbardziej wolne byłyby niemowlęta, a także przestępcy. Oni rzeczywiście robią to, co chcą” – wyjaśnił tatuś. „Niestety, człowiek może aż tak bardzo źle używać swojej wolności, że ją zupełnie straci” – dodał.
Zrobiło mi się bardzo żal Tomka. Rzuciłam się tacie na szyję. „Cieszę się, że moi rodzice nie są nowocześni, tylko mądrzy. No i w dodatku bardzo cierpliwi” – powiedziałam i schowałam na chwilę twarz w tatusia koszuli.

PS. Mój drogi pamiętniku, zapamiętaj sobie, że gdyby wolność polegała na robieniu tego, co się komu chce, to na stole nie pojawiłby się dzisiaj obiad, a w mojej szafce nie znalazłabym wypranych i wyprasowanych bluzeczek.

Wyróżnienie i zaszczyt

5 kwietnia, sobota

Tym razem pani Władzia odwiedziła nas ze swoją córką. „To zwyczajny skandal!” – krzyknęła roztrzęsiona, wchodząc do salonu i siadając na swoim ulubionym krześle koło kominka. „Wczoraj zdecydowałam, że Martynka weźmie jednak ślub z tym Mazgajskim, a tu ktoś nam kładzie kłody pod nogi. Wyobraźcie sobie, idziemy dzisiaj do proboszcza, a ten mówi, że ślub w kościele jest tylko dla ludzi wierzących i praktykujących. I że narzeczeni muszą przez rok chodzić na kurs przedmałżeński, bo nie mają skończonej szkoły średniej. To naprawdę skandal!” – pani Władzia wyrzucała z siebie swoje oburzenie, a ja podziwiałam ją, że tak długo może mówić na jednym oddechu.
„Pani Władziu, chyba jednak proboszcz ma rację, że sakrament małżeństwa jest tylko dla ludzi wierzących i praktykujących” – powiedział łagodnym głosem tatuś. W tym momencie do dyskusji włączyła się Martynka. „Ale ja nie mam zamiaru chodzić do kościoła! Nie chcę, żeby ktoś wtrącał się do mojego życia albo żeby nakładał mi jakieś ciężary, czy jakieś tam przykazania!” – równie piskliwym co stanowczym głosem stwierdziła, a pani Władzia spojrzała na swoją córkę z nieukrywaną dumą.
„Panno Martynko, dla mnie przykazania i normy moralne, których uczy Jezus, nie są żadnym ciężarem. Przeciwnie. To dla mnie zaszczyt i wyróżnienie, że mogę uczyć się od Niego życia w miłości, wolności i radości. Dźwiganie ciężaru zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie słucha propozycji Jezusa. Może wtedy łatwo popaść w alkoholizm, jest nieszczęśliwy w życiu osobistym i rodzinnym, krzywdzi samego siebie i pozwala się krzywdzić przez innych ludzi” – jeszcze bardziej łagodnym niż poprzednio głosem powiedział tatuś. „Sądzę, że warto posłuchać proboszcza i zapisać się na ten kurs przedmałżeński” – dodał i wyjął z biblioteczki dwie książki. „To są teksty, które mówią o przygotowaniu do małżeństwa. Proszę je przyjąć jako prezent, panno Martynko” – dodał, a mama zaproponowała, by jutro poszły razem na spacer i trochę porozmawiały. „Jeszcze się zastanowimy” – pani Władzia postanowiła wyręczyć córkę w udzieleniu odpowiedzi i dała znak, że już najwyższa pora, by się pożegnać.

Skuteczne kontrolowanie

11 kwietnia, piątek

Kiedy zobaczyłam, że Dominik sam czeka na mnie przy wyjściu ze szkoły, zrozumiałam, że Tomek znowu popadł w jakieś poważniejsze tarapaty. Okazało się, że tym razem były to problemy z rodzicami. Tomek poskarżył się Dominikowi, że po kolejnej wizycie u dyrektora szkoły rodzice przestali być nowocześni, postępowi i tolerancyjni. Całkowicie zmienili strategię. Przeszli na system wojskowej dyscypliny i żelaznej kontroli. „Zaraz po szkole Tomek musi wracać do domu i zabierać się za odrabianie lekcji” – poinformował mnie Dominik, oglądając oczywiście swoje buty. „Ma też szlaban na telewizor i komputer, a rodzice nie będą mu dawać kieszonkowego” – dodał, starając się ukryć swoją radość.
„Tatusiu, dlaczego ty i mama nie kontrolujecie mnie?” – spytałam, gdy tylko tatuś wrócił z pracy. „Droga Perełko, my okazujemy tobie zaufanie. A to jest najlepsza metoda kontrolowania dobrze wychowanych dzieci, prawda?” – powiedział i przytulił mnie serdecznie.
Tata ma rację. Moi rodzice okazują mi zaufanie i w ten sposób pomagają mi, żebym kontrolowała sama siebie. Postaram się, żeby nigdy ich nie rozczarować.

Pozostał odchodząc

17 kwietnia, Wielki Czwartek

Wielki Czwartek to przypomnienie dnia, w którym Pan Jezus został z nami w Eucharystii. Ksiądz proboszcz powiedział dzisiaj, że każda Msza święta to znak niezwykłej fantazji Bożej miłości (znowu ta fantazja!). Kiedy w tamten pierwszy Wielki Czwartek Chrystus już wiedział, że ktoś Go zdradzi i że wszyscy Go opuszczą, postanowił mimo to pozostać z tymi, których kocha. Znalazł sposób na to, aby na zawsze zostać z ludźmi, którzy najpierw Go zabiją, a później będą Go szukać i potrzebować.
Dostaję aż gęsiej skórki z wrażenia, gdy sobie przypominam, że Pan Jezus w czasie ostatniej kolacji ze swoimi uczniami nie przejmował się własnym losem (znowu ta dobra skleroza!), ale myślał o tych, których na zawsze pokochał. I widział moją twarz!

„Krzyż stał się bramą”
18 kwietnia, Wielki Piątek

Dzisiaj byłam wśród dzieci, które prowadziły w kościele rozważania Drogi Krzyżowej. To taki zwyczaj w naszej parafii. W zeszłym roku rodzice pomogli mi przygotować tekst modlitwy na piśmie. W tym roku postanowiłam zaryzykować i powiedzieć Jezusowi to, co dzieje się w moim sercu. Po prostu tak, jakby nikt inny tego nie słyszał.

To była dwunasta stacja Drogi Krzyżowej. Powiedziałam Jezusowi, że przychodzimy do Niego z tysiącem pytań: dlaczego cierpią niewinne dzieci (pomyślałam o Kindze), dlaczego ludzie umierają (przypomniała mi się twarz dziadka i wujka), dlaczego jest tyle wojen i ludzi prześladowanych (zobaczyłam w wyobraźni harcerzy z powstania warszawskiego oraz wieżowiec z Sarajewa). I wtedy spojrzałam na obraz, który przedstawia Jezusa umierającego za nas na krzyżu. „Przy tej stacji, Panie Jezu, odwołuję wszystkie moje pytania, bo teraz widzę Twoją odpowiedź” – powiedziało mi się tak jakoś spontanicznie. A za chwilę usłyszałam, że niektóre dzieci płaczą po cichutku. Ja chyba zaczęłam pierwsza.

Po powrocie do domu pobiegłam od razu do pokoju prababci, bo ksiądz proboszcz prosił, by ją serdecznie pozdrowić. W jej pokoju zastałam moich rodziców, babcię i Konradka. „To ona jeszcze śpi?” – spytałam, gdy zobaczyłam, że prababcia ma zamknięte oczy i że nikt nie rozmawia. „Ona odwróciła życie na prawą stronę” – wyjaśnił mi Konradek i pogłaskał prababcię po policzku.

W tym momencie przypomniałam sobie, że dziś rano mamusia przeczytała nam taki niezwykły wiersz. To było o dziecku, które płynęło z tatusiem żaglówką w stronę mostu. Kiedy byli już blisko, chłopczyk strasznie się przestraszył. Siedział z tyłu żagla i wydawało mu się, że maszt zaczyna krzyżować się z mostem, jakby za chwilę miał się z nim zderzyć. „Nie bój się!” – powiedział spokojnie tatuś do synka. „Zobaczysz, że żagiel zmieści się pod mostem, a krzyż stanie się bramą”.
Teraz chyba wiem, dlaczego prababcia się nie bała. I dlaczego miała taką spokojną twarz, gdy odwracała życie na prawą stronę.

Love story

19 kwietnia, sobota

„Wiesz, Perełko, że w każdą Wielką Sobotę przychodzi mi na myśl ta moja ulubiona piosenka?” – powiedział tatuś, gdy tylko rano pojawiłam się w kuchni. „Love story?” – zapytałam. “Właśnie tak. Dzisiaj przypominamy sobie, że przez całą historię ludzkości Bóg szuka człowieka. I nigdy się nie męczy ani się nie zniechęca” – dodał jeszcze.
Pomyślałam sobie, że Bóg ma taką ogromnie zakochaną pamięć i dlatego nigdy o nas nie zapomina. Miłość nie może zapomnieć o tych, których kocha. To dlatego z taką fantazją pisze kolejne historie miłości. W tym momencie pozazdrościłam prababci, że ona wie już coś więcej na ten temat.

Zmartwychwstanie pragnień

20 kwietnia, Wielkanoc

„Porozmawiajmy o tym, co może w nas zmartwychwstać” – zaproponował niespodziewanie tata w czasie obiadu wielkanocnego. „Pan Jezus!” – wykrzyknął od razu Konradek, przypominając sobie chyba dzisiejsze kazanie księdza proboszcza. Później razem z mamą i babcią mówiliśmy o zmartwychwstawaniu nadziei, dobra, miłości, przyjaźni i wielu innych wartości, za którymi tęsknimy. „Jednym słowem, możemy życzyć sobie dzisiaj nawzajem, by zmartwychwstawały w nas najpiękniejsze, Boże pragnienia i aspiracje” – podsumował tatuś.

W czasie świątecznego spaceru wróciliśmy do tego tematu. Tata mi powiedział, że ci ludzie, w których umierają Boże pragnienia i aspiracje, powtarzają grzech pierworodny. Adam i Ewa mieli bardzo zawężone i naiwne pragnienia. Pragnęli bez pomocy Boga odróżniać dobro od zła i marzyli, by stać się bogami. „To całkiem jak ci, co sięgają po alkohol albo narkotyk. Oni też mają strasznie chore pragnienia” – powiedziałam. A później szłam przez dłuższą chwilę w milczeniu, oddając się różnym pięknym marzeniom. Po to przecież jest Wielkanoc.

Miłość nie męczy

21 kwietnia, poniedziałek

Dzisiaj żegnaliśmy na cmentarzu naszą prababcię. Mieliśmy wszyscy łzy w oczach, ale to przecież normalne przy każdym pożegnaniu. Nawet wtedy, gdy ktoś jedzie na obóz harcerski. Tym bardziej wtedy, gdy wybiera się w podróż na prawą stronę życia.
„Co to jest niebo?” – zapytał Konradek w czasie kolacji. „Niebo, syneczku, to życie w takiej bardzo szczęśliwej rodzinie, w której każdy potrafi kochać i w której wszyscy nie mogą się wprost nacieszyć Bożą miłością” – wyjaśniła mamusia. „To tam się nie śpi?” – przeraził się Konradek. „Raczej nie, bo wszyscy są tam tak silni i tak szczęśliwi, że nie potrzebują ani snu, ani żadnego odpoczynku” – tłumaczyła cierpliwie mama. „To w takim razie dlaczego ksiądz powiedział na pogrzebie, że tam jest wieczny odpoczynek?” – pytał dalej mój brat.
Rodzice i babcia spojrzeli po sobie wyraźnie zaskoczeni tym pytaniem i zamyślili się przez chwilę. „Bo tam, gdzie wszyscy się kochają, tam nikt się nie męczy. Przy miłości nie można się zmęczyć, a nawet zdrzemnąć” – stwierdziłam, próbując wyręczyć rodziców w uświadomieniu mojego braciszka. „Masz rację, Perełko, niebo to nie to samo, co kazania. W niebie nie będziemy się męczyć ani zasypiać” – dodał tatuś i uśmiechnął się.

Najstraszniejsza pułapka

24 kwietnia, czwartek

Dzisiaj na lekcji wychowawczej pojawił się niespodziewany gość. Razem z naszą panią wszedł do klasy... wujek Marek! Z początku trudno mi było uwierzyć własnym oczom. „Przedstawiam wam księdza Marka. On jest specjalistą od profilaktyki uzależnień” – powiedziała nasza wychowawczyni i oddała mu głos. Wujek Marek serdecznie nas pozdrowił, a później opowiadał o swojej pracy z dziećmi i dorosłymi, którzy cierpią z powodu problemów z alkoholem albo z narkotykami.
„Te substancje zastawiają na nas najstraszniejszą pułapkę, bo obiecują nam łatwe szczęście, a później nas oszukują, uzależniają i zabijają” – powiedział wujek, a w klasie zrobiło się zupełnie cicho. „Najłatwiej wpadają w tę pułapkę ci, którzy są nieszczęśliwi, bo oni najbardziej tęsknią za łatwym szczęściem” – dodał. Do końca lekcji nie było już mowy o alkoholu czy narkotykach, lecz o tym, jak radzić sobie z codziennym życiem i jak być szczęśliwym.
Na koniec wujek Marek zachęcił nas, by zadawać pytania. „Czy to prawda, że niektórzy chłopcy w naszym wieku piją piwo z czystej ciekawości? – spytała Kinga. „Niestety, nie jest to prawda” – odpowiedział wujek. „To nie jest przypadek, że niektórzy interesują się muzyką, sportem, książkami czy poezją, a innych ciekawi alkohol czy narkotyk. Pamiętajcie, że każdy z nas ma straszną władzę, gdyż potrafi oszukiwać samego siebie. Na przykład wmawiać sobie, że piwo to nie alkohol, lub że sięga po jakiś środek odurzający z czystej ciekawości”.
Zdaje się, że odtąd nikt w naszej klasie nie będzie się chwalił, że pije alkohol. Trudno przecież chwalić się tym, że ktoś sam wyrządza sobie krzywdę. Albo tym, że oszukuje samego siebie.

Pacyfista nie bije silniejszych

28 kwietnia, poniedziałek

W naszej szkole jest coraz więcej kolegów, którzy są agresywni. Popychają innych, przezywają ich, a nawet straszą, że ich pobiją. Dzisiaj po południu opowiedziałam o tym tatusiowi. „Każdy nieszczęśliwy człowiek staje się agresywny. Próbuje w ten sposób odreagować swój niepokój, swoje cierpienie, a niekiedy krzywdy, których doznaje od innych” – powiedział mi tatuś. „Ludzie szczęśliwi, Perełko, mogą być czasem smutni, ale nigdy nie będą stosować przemocy” – dodał.
Teraz już rozumiem, dlaczego niektórzy chłopcy z gimnazjum codziennie komuś dokuczają. A swoją drogą, to ciekawe jest zachowanie na przykład Grześka. On popycha i straszy wyłącznie uczniów słabszych od siebie. To znaczy, że albo nie jest całkiem nieszczęśliwy, albo staje się zagorzałym pacyfistą wtedy, gdy spotyka kogoś silniejszego od siebie.

Chore morze i ubytek wagi

30 kwietnia, środa

Na przerwach znowu wszyscy w szkole mówili o Tomku. Dzisiaj miał ostatnią szansę, by poprawić jedynki z geografii. Na początek dostał łatwe pytanie. Miał wyliczyć nazwy trzech mórz. Ponieważ nic mu nie przychodziło do głowy, pani Aneta postanowiła mu pomóc. „Niektóre morza mają nazwy całkiem łatwe do zapamiętania, na przykład Morze Martwe” – zaczęła podpowiadać. „Morze Martwe? Nawet nie wiedziałem, że jakieś morze chorowało” – całkiem szczerze odpowiedział Tomek i nie rozumiał, dlaczego dostał kolejną jedynkę.
Jak zwykle w takich sytuacjach, Dominik czekał na mnie po lekcjach przy drzwiach wyjściowych i wszystko mi opowiedział. Ja z kolei zdziwiłam się, gdy po południu zajrzała do nas mama Tomka. Pani Jadzia rzadko nas przecież odwiedza. „To oburzające!” – powiedziała wchodząc do salonu. „Mój Tomek już od trzech tygodni solidnie się uczy i nadal dostaje jedynki. I to w dodatku za chore morze! Ja codziennie słucham wiadomości i też nie wiedziałam, że jakieś morze zachorowało. Tyle teraz podają tych wiadomości” – wypowiadała swoje bóle coraz głośniej. „Jeśli nauczyciele nadal nie będą doceniać geniuszu mojego syna, to przeniosę go do jakiegoś lepszego gimnazjum. Najlepiej od razu do Warszawy! – groziła, a moi rodzice słuchali bez słowa.
Kłopotliwą ciszę przerwał pan listonosz, który akurat w tym momencie wszedł, by dostarczyć nam paczkę. „To od jakiegoś Johna z Ameryki” – wyjaśnił. Nasz znajomy z Detroit rzeczywiście obiecał, że przyśle kilka albumów o najpiękniejszych miejscach w Ameryce. Radość z przesyłki nieco jednak osłabła, gdy listonosz oświadczył, że paczka była w Polsce przepakowana. „Ale to tylko ubytek wagi. Poza tym wszystko w porządku” – zapewnił i na wszelki wypadek szybko zniknął za wyjściowymi drzwiami.
„Co to jest ten ubytek wagi?” – spytał szczerze zaciekawiony Konradek. „To znaczy, że chyba ktoś ukradł niektóre rzeczy z naszej paczki” – prosto i konkretnie wyjaśnił tatuś. „To dlaczego pan listonosz nie powiedział, że paczka jest okradziona?” – mój braciszek nie ustępował w swej dociekliwości. „Bo teraz jest moda na taki dziwny język” – powiedział tata. „Na przykład nie mówi się złodziej, tylko uczciwy inaczej. Nie mówi się leń, tylko pracowity inaczej. Nie mówi się kłamca, tylko mówiący prawdę inaczej. Nie mówi się egoista, tylko kochający inaczej. Nie mówi się tchórz, tylko odważny inaczej” – z wielką cierpliwością wyliczał tatuś kolejne przykłady.
Okazało się, że Konradek świetnie zrozumiał zasady nowoczesnego języka, bo nagle krzyknął: „Już wiem! Nie mówi się Tomek, tylko mądry inaczej!”. Moi rodzice zamarli na chwilę z przerażenia, a pani Jadzia spojrzała na Konradka tak, jakby on był grzeczny inaczej. I wyszła bez słowa.

Sędzia we własnej sprawie

3 maja, sobota

W czasie cosobotniego spaceru rozmawiałam dzisiaj z tatą o wczorajszej wizycie pani Jadzi. „Niektórzy rodzice nie potrafią niestety w obiektywny sposób popatrzeć na zachowanie swoich córek i synów. A wtedy robią im krzywdę i przeszkadzają im w rozwoju” – stwierdził tatuś całkiem poważnym głosem. Wydawało mi się, że był smutny. „Teraz rozumiem, tatusiu, co to znaczy, że nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie” – powiedziałam.
Mój powierniku, ja też nie jestem dobrym sędzią we własnej sprawie. Warto czasami to sobie przypomnieć. A nawiasem mówiąc, aż strach pomyśleć, jak wypadłabym w oczach Konradka, gdyby on zaczął pisać swój pamiętnik. Wolałabym chyba tego nie wiedzieć.

Strusie i głowa w piasku

10 maja, sobota

Dzisiaj skorzystaliśmy z pięknej pogody i poszliśmy całą rodzinką na długi spacer do lasu. Naszym przewodnikiem był leśniczy, który jest znajomym rodziców. Rozkoszowałam się świeżym powietrzem, zapachem drzew i błękitem nieba. Ucieszyłam się, że była z nami córeczka pana leśniczego, która jest specjalistką od rozpoznawania ptaków i zwierząt. Iwonka potrafi wyliczyć na przykład wszystkie gatunki sów, a nawet myszy.
W drodze powrotnej pan leśniczy powiedział, że niedaleko od nas jest już kilka hodowli strusi. „A czy to prawda, że one chowają głowę w piasek, gdy nadchodzi jakieś niebezpieczeństwo?” – spytałam. „Nie, moja droga!” – odpowiedział z uśmiechem. „Strusie są zbyt sprytne i mądre. Gdy nadchodzi niebezpieczeństwo, wtedy pochylają głowę i tylko udają, że wypatrują pożywienia w ziemi. A naprawdę to obserwują napastnika i obmyślają plan obrony” – wyjaśnił pan Leszek.
Widzisz, mój drogi pamiętniku, jacy my, ludzie, jesteśmy dziwni. Kiedy przeżywamy trudności, wówczas często chowamy głowę w piasek. Małe dzieci to nawet zasłaniają sobie wtedy oczy. Teraz chyba lepiej rozumiem, co to znaczy żyć z podniesioną głową.

Przytulić się do Jezusa

11 maja, niedziela

Chociaż dzisiaj niedziela, to tatuś zrobił nam pobudkę całkiem wcześnie. Oczywiście znowu zastosował swoją ulubioną antykołysankę. Ale nikt z nas nie protestował, bo czekało nas ponad sto kilometrów jazdy samochodem, a potem piękne święto. Jechaliśmy do cioci Halinki, która nas zaprosiła na pierwszą Komunię świętą swojego synka. W kościele było dosyć ciasno, ale razem z Konradkiem udało mi się podejść prawie do samego ołtarza.
W czasie kazania ksiądz zapytał dzieci, co to znaczy przyjąć Komunię świętą. „To znaczy przyjąć Pana Jezusa do serca” – odpowiedziała dziewczynka z pierwszej ławki. Potem padały jeszcze inne odpowiedzi. „To wszystko prawda. Ale gdyby tu było jakieś dziecko z Afryki, które pierwszy raz jest w kościele, to mogłoby pomyśleć, że jesteśmy ludożercami. Albo że Panów Jezusów jest tylu, ilu ludzi, którzy przyjmują Komunię świętą” – powiedział ksiądz i rozejrzał się wokół siebie.

Za chwilę stało się coś niespodziewanego. Ksiądz spojrzał na mnie i na Konradka, podszedł do nas i wziął na ręce mojego braciszka. Konradek tak był zdumiony, że chyba nie zdążył się nawet przestraszyć. „Na tym właśnie polega przyjęcie Komunii świętej. Kiedy ktoś z nas podchodzi bardzo blisko do Pana Jezusa, aby się do niego przytulić i otrzymać Jego błogosławieństwo, to wtedy przyjmuje Komunię świętą” – wyjaśnił ksiądz i postawił Konradka znowu obok mnie.

Rewolucja w zoologii

21 maja, środa

Dzisiaj Dominik po raz kolejny stał osamotniony przy wyjściu ze szkoły. Nieśmiało spojrzał na mnie i zaraz skupił się na obserwowaniu trawnika. „Tomek ma znowu problemy. Dzisiaj dostał ostatnią szansę, by poprawić się z biologii, ale chyba jej nie wykorzystał” – powiedział trochę tajemniczo. Zadałam Dominikowi kilka pomocniczych pytań i dzięki temu zdołałam odtworzyć to, co konkretnie stało się na lekcji.
Okazało się, że Tomek miał podać przykłady jakichś krzyżówek wśród zwierząt. „No na przykład można skrzyżować konia z wołem” – odkrywczo zauważył syn pani Jadzi. „Siadaj! Znowu jesteś kompletnie nieprzygotowany! A swoją drogą, to ciekawa jestem, jakbyś nazwał takiego stwora?” – zapytała pani od biologii, wstawiając do dziennika kolejną jedynkę. „Wałkoń” – odpowiedział Tomek, odzyskując nadzieję na uzyskanie lepszego stopnia. „Cieszę się, że wreszcie powiedziałeś prawdę o sobie. A czy mógłbyś to jeszcze powtórzyć przy twoich rodzicach?” – spytała pani Magda i zamknęła dziennik.

Najpiękniejsze marzenie

18 maja, niedziela

„Witam wśród nas gości z seminarium duchownego. Będziemy dzisiaj razem modlić się o powołania kapłańskie i zakonne” – powiedział ksiądz proboszcz, zwracając się do czterech alumnów, którzy przyjechali do naszej parafii. W czasie kazania ksiądz mówił o tym, że Bóg nas kocha i właśnie dlatego ma jakieś niezwykłe marzenie o każdym z nas. Boża miłość pragnie, aby każdy z nas kochał i czuł się kochany. No i żeby każdy z nas odkrył to Boże marzenie o naszym życiu.
Zrobiło mi się tak jakoś radośnie w sercu, gdy sobie uświadomiłam, że Bóg ma wspaniałe marzenia na temat mojej przyszłości. Postaram się je odkryć i wypełnić. Bardzo pragnę stać się najpiękniejszą wersją samej siebie. Szkoda tylko, że nie mogę być jednocześnie żoną, mamą i siostrą zakonną.
Po Mszy świętej poszliśmy do zakrystii, gdyż rodzice postanowili zaprosić księdza proboszcza i jego gości do naszego domu. „Ucieszymy się, jeśli zajrzyjcie do nas po południu. Przygotujemy jakiś deser” – powiedział tatuś. „Będzie bardzo dużo lodów!” – dodał mój braciszek, aby mieć pewność, że to będzie deser lodowy.

Niezwykłe mieszkanie

26 maja, poniedziałek

Razem z tatą i Konradkiem postanowiłam, że mama nie będzie dzisiaj musiała niczego robić. Będziemy za nią sprzątać, gotować, prać, prasować, robić zakupy, a nawet podlewać kwiaty. Dzień Matki to przecież jej szczególne święto.
Wczoraj wieczorem tata tłumaczył mnie i braciszkowi, że przez dziewięć pierwszych miesięcy mamusia była naszym mieszkaniem. „Pływaliście sobie w jej brzuszku, jedliście wtedy dokładnie to samo, co mama i oddychaliście tym samym powietrzem. Nawet przeżywaliście to samo, co mamusia, ale mocniej niż ona. Bo przecież byliście trochę młodsi od mamusi. A kto jest młodszy, ten zwykle silniej przeżywa radość i niepokój i w ogóle wszystko, co się wokół niego dzieje” – wyjaśniał nam tatuś, a ja sobie pomyślałam, że jednak babcia miała rację. Ja naprawdę jestem o dziewięć miesięcy starsza niż jest to napisane w mojej metryce chrztu.
Konradek słuchał z otwartą buzią o tych swoich pierwszych dziewięciu miesiącach życia. „A dlaczego nie utonąłem w mamusi brzuszku? Ja przecież nie umiałem jeszcze pływać?” – dopytywał się nieco zaniepokojony. „Syneczku drogi, w mamusi brzuszku woda nie była głęboka, a poza tym ty byłeś przywiązany do mamy pępowiną” – wyjaśnił tatuś, aby uspokoić mojego brata. „A co to jest ta pępowina?” – zapytał jeszcze Konradek. To jest taka kotwica, którą mamusia rzuca swojemu dziecku od środka” – odpowiedziałam  za tatusia. „A wszystko, co przeżywacie w mamusi brzuszku, zapisuje się w was tak, jak na twardym dysku w komputerze. To dlatego niektóre dzieci od urodzenia są bardziej radosne i spokojne. A niektóre wszystkiego się boją i często sobie popłakują” – wyjaśnił tatuś.
Dzisiaj rano obudziliśmy mamę trochę za wcześnie. Było jeszcze całkiem ciemno. Ale to dlatego, że każdy z nas chciał jak najszybciej złożyć jej życzenia i wręczyć laurkę. Konradek mnie wyprzedził i pierwszy rzucił się mamie na szyję. „Dziękuję ci, że byłaś moim mieszkaniem!” – wykrzyczał jej do lewego ucha. „I za to, że nas kochasz!” – dodałam, rzucając się na mamę z drugiej strony.
Tuląc się do mamusi, pomyślałam sobie, że ona jest podobna do Pana Jezusa, który dał nam swoje ciało i swoją krew. Mamusia dała kiedyś mnie i Konradkowi część swojego ciała i krwi, żebyśmy mogli w niej zamieszkać. A teraz daje nam resztę ciała i krwi, żeby się nami opiekować i nas chronić.

Eksmisja

27 maja, wtorek

„A co było potem?” – spytał niespodziewanie Konradek w czasie kolacji i popatrzył na tatę. Kiedy potem?” – odpowiedział tatuś pytaniem na pytanie. „No wtedy, gdy mieszkałem w mamusi brzuszku. Przecież już tam nie mieszkam!” – stwierdził odkrywczo mój braciszek.
Mama się uśmiechnęła i spojrzała na tatę. Była chyba ciekawa jego reakcji. „Po dziewięciu miesiącach nadszedł czas na poród i znalazłeś się z tej strony mamusi brzuszka” – wyjaśnił z męską precyzją. „A co to jest poród?” – Konradek nie ustępował w swej dociekliwości. „Gdy miałeś dziewięć miesięcy, to byłeś już na tyle duży, że można było delikatnie wyciągnąć ciebie z mojego brzuszka” –  powiedziała mama. „W środku zrobiło się zbyt ciasno”.
Później mamusia opowiadała o tym, że takie maleńkie niemowlę bardzo boi się wyjścia z mamusinego domku. Płacze przerażone i trochę uspokaja się dopiero wtedy, kiedy mama albo tata przytulają je i karmią. „Czyli poród to dla dzidziusia takie jakby wyrzucenie z domu, taka eksmisja na bruk” – powiedziałam. „To znaczy na łóżeczko” – poprawiłam się. „Tak, Marysiu. Dla niemowlęcia jest to wielki szok. Właśnie dlatego jest tak ważne, żeby rodzice okazywali mu wielką czułość i nawet na chwilę nie zostawiali go bez opieki” – dodała mamusia. „Czyli ja już raz odwróciłem życie na drugą stronę!” – zauważył Konradek. „A jak umieramy, to odwracamy życie na trzecią, a nie na drugą stronę!” – dodał dumny ze swego odkrycia.
Teraz już wiem, dlaczego niemowlęta w czasie porodu potrafią tylko płakać. One czują się wyrzucone z domu i po prostu strach odbiera im mowę. Ale później dzieci odzyskują mowę. A zwłaszcza dziewczynki.

Rzeczniczka praw dziecka

28 maja, środa

Tym razem pani Władzia nie czekała do soboty, aby nas odwiedzić. „Dzieci są naszą przyszłością i musimy stanowczo bronić ich praw” – zadeklarowała już w drzwiach niczym jakiś polityk w audycji telewizyjnej. „Chcę państwa zaprosić do udziału w wiecu z okazji Dnia Dziecka. Szykujemy już odpowiednie transparenty” – pochwaliła się i zaczęła opowiadać o tym, że zamierza kandydować na stanowisko rzecznika praw dzieci. W tym czasie Konradek wybiegł z pokoju w nieznanym kierunku. Trochę się zdziwiłam, bo przecież powinny go interesować jego prawa. Tym bardziej, że pani Władzia nie wspomniała nic o obowiązkach dzieci.
„Teraz są tacy dziwni rzecznicy” – odezwał się tata. „Bronią praw dziecka do lenistwa, do wagarów, do buntu wobec rodziców i szkoły, do oglądania filmów przemocy albo do włóczenia się nocą po ulicach. Ale niestety ci sami rzecznicy wcale nie  bronią prawa dziecka do życia, do rozwoju w kochającej się i szczęśliwej rodzinie, do wiedzy i klasówek, do wolności od alkoholu, nikotyny i demoralizacji” – dodał tatuś, a pani Władzia zaczęła okazywać pierwsze oznaki nerwowości.
W tym momencie wrócił, a właściwie wpadł do pokoju Konradek. „Ja też pójdę na ten pochód, a to jest mój transparent!” – krzyknął rozradowany i dumnie zaprezentował nowy, śnieżnobiały ręcznik kąpielowy, który znalazł w szafie mamusi. Okazało się, że ręcznik był przybity kilkoma gwoździami do kija, którego zwykle mój brat używał jako oszczepu. „Rodzice powinni zawsze słuchać swoich dzieci. Napisz to na tym transparencie!” – rozkazał mi takim głosem, jakby był już w pełni świadomy swoich praw.
W tym momencie pani Władzia postanowiła opuścić nasz dom. Może dlatego, że skutecznie spełniła swoją misję rzeczniczki praw dziecka. Przynajmniej w odniesieniu do Konradka. „Coś mi się zdaje, że dzieci pani Władzi mają same prawa, a obowiązki spadają na ich mamę” – zasugerował tatuś, gdy tylko kandydatka na rzeczniczkę opuściła nasz dom. „Czasami myślę, że sporo współczesnych rodziców, to ostatnie pokolenie tych, którzy słuchali swoich rodziców i pierwsze pokolenie tych, którzy słuchają swoich dzieci. Ale wtedy przegrywają obie strony” – dopowiedział i pogrążył się w zamyśleniu.

Tatusio-mamusia

31 maja, sobota

Dzisiaj wujek Marek przeżywa rocznicę święceń kapłańskich. Już tydzień temu wysłaliśmy do niego list z gratulacjami, bo teraz jest we Włoszech. W czasie kolacji postanowiliśmy, że jeszcze do niego zadzwonimy, aby każdy mógł z nim chwilę porozmawiać.
„A kto to jest ksiądz?” – spytał Konradek zabierając się za potężną porcję lodów, którą postanowił uczcić zakończenie miesiąca maryjnego. „To jest taki przyjaciel, który pomaga ludziom myśleć, kochać i modlić się jak Pan Jezus” – odpowiedział tatuś. „To jest taki drogowskaz, który z nami chodzi” – dodałam.
„A dlaczego ksiądz nie ma rodziny?” – pytał dalej mój braciszek. „Ależ ksiądz ma rodzinę. Każdy z nas jest jego rodziną. Przecież właśnie dlatego, Konradku, mówisz do księdza Marka: wujku” – tłumaczyła mama. „To w takim razie ksiądz jest taką drugą mamusią!” – stwierdził Konradek. „Nie, jest takim drugim tatusiem!” – stanowczo go poprawiłam.
„Moje dzieci, obydwoje macie rację. Dobry ksiądz jest dla ludzi jednocześnie mamą i tatą” – pogodziła nas mama i podniosła słuchawkę, aby zadzwonić do wujka Marka. Oczywiście Konradek postanowił rozmawiać pierwszy. „Wujku, czy ty wiesz, że jesteś mamusio-tatusiem!” – krzyknął do słuchawki. „Tatusio-mamusią!” – krzyknęłam jeszcze głośniej, po raz drugi poprawiając mojego brata.

Ocalić Mozarta

1 czerwca, niedziela

W czasie Mszy świętej modliliśmy się dzisiaj w intencji dzieci, aby wszystkie przychodziły do Pana Jezusa i aby dorośli pomagali nam wzrastać w mądrości i łasce u Boga i u ludzi. No i żeby rodzice, księża, nauczyciele i katecheci dawali dzieciom dobry przykład.
Po powrocie ze spaceru tata wszedł do salonu z jakąś książką w ręku i usiadł koło mnie przy kominku. „To jest książka tego samego lotnika, który napisał Małego Księcia” – wyjaśnił. „Ponad sześćdziesiąt lat temu jechał on pociągiem przez nasz kraj. W wagonie trzeciej klasy spotkał polskich górników, którzy wracali z Francji. Posłuchaj, jak opisuje to spotkanie” – powiedział tata i przeczytał coś, co mnie bardzo zainteresowało.
Mój drogi pamiętniku, pożyczyłam sobie od tatusia tę książkę, żeby przepisać ostatnią stronę. Tutaj ten francuski lotnik opowiada, że w pociągu zobaczył dziecko takich zmęczonych i biednych polskich rodziców. Posłuchaj!
Cóż to była za twarzyczka! Z tej pary narodził się ten jakby złocisty owoc. Z tych ciężkich łachmanów zrodziło się arcydzieło piękna i wdzięku. Pochyliłem się nad gładkim czołem, delikatnym zarysem ust i powiedziałem do siebie: oto muzyk, dziecięcy  Mozart, piękna zapowiedź życia. Mali książęta z bajki nie mogli być inni: otoczony opieką i staraniem, kształcony, wychowany, kim mógłby zostać! Kiedy drogą skrzyżowań uzyskuje się nowy gatunek róży, wszyscy ogrodnicy są poruszeni. Izoluje się tę różę, pielęgnuje, otacza dbałością. Ale nie ma ogrodnika dla ludzi. Mały Mozart trafi pod walce maszyny. Największe swoje wzruszenie będzie czerpał z banalnej muzyczki w zaduchu tancbudy. W każdym z tych ludzi, w jakimś stopniu, został Mozart zamordowany. Tylko Duch, jeśli tchnie na glinę, może stworzyć Człowieka”.
Teraz rozumiem dlaczego dzisiaj ksiądz powiedział, że rodzice kochają swoje dzieci wtedy, gdy je przyprowadzają do Jezusa. To jasne! Przecież potrzebujemy Jego Ducha Świętego.

Twarz Małego Księcia

6 czerwca, piątek

Mój drogi powierniku, nie dziw się, że w tym tygodniu codziennie zaglądam do ciebie i czytam ten fragment o polskim chłopczyku, który przepisałam w niedzielę. Czasami mam kobiecą intuicję i czuję, że stanie się coś ważnego. I stało się! Po pięciu dniach czytania odkryłam, że Mały Książę, którego opisał ten pan lotnik, ma twarz tamtego polskiego chłopczyka, którego spotkał w pociągu. Jutro powiem o swoim odkryciu rodzicom, a w poniedziałek pochwalę się pani od polskiego!

PS. Właśnie postanowiłam, że jednak nie powiem nikomu o moim odkryciu. Niech to będzie tajemnica, o której wie tylko ten lotnik i ja! A poza tym Mały Książę może mieć twarz każdego z nas! Przecież każdy człowiek ma twarz pięknego księcia, gdy kocha ludzi i gdy jest wierny jedynej róży swojego życia!

Bajka, magnetofon i kolana

11 czerwca, środa

Pani Joasia odwiedziła nas dzisiaj po południu i przyprowadziła ze sobą Marysię. Na widok tej dziewczynki Konradek jak zwykle od razu staje się wyjątkowo grzeczny. Chyba nie tylko dlatego, że ona potrafi gryźć. Muszę poprosić panią Joasię, żeby częściej przychodziła do nas ze swoją wnuczką.
„Bo ona miała w sobotę urodziny!” – pochwalił się Konradek swoją wiedzą. Pani Joasia potwierdziła i opowiedziała nam o tym, w jaki sposób jej wnuczka świętowała swoje piąte urodziny. Największą radość sprawił jej tatuś, który kupił dla niej książeczkę z bajkami, wziął córeczkę na kolana i przez godzinę czytał jej te bajki. Następnego dnia Marysia zażyczyła sobie, by tata znowu jej poczytał te nowe bajki. W poniedziałek to samo. „Wczoraj zięć dał Marysi kasetę i powiedział, że tam są nagrane bajki i odtąd może je słuchać tyle razy dziennie, ile chce” – relacjonowała pani Joasia. „Ale ja wtedy powiedziałam, że wolę, aby tatuś mi znowu czytał książeczkę. Bo ja przecież nie mogę usiąść magnetofonowi na kolana” – wyjaśniła Marysia i rzuciła się babci na szyję.

Miłość i obecność

19 czerwca, czwartek

Jak zwykle w czasie procesji Bożego Ciała było bardzo upalnie. Mimo to Konradek okazał się wyjątkowo cierpliwy i nie narzekał na zmęczenie tak, jak w poprzednim roku. Może liczył, że na deser otrzyma dzisiaj podwójną porcję lodów.
„A ja nie widziałem Pana Jezusa w tej złotej skrytce!” – pochwalił się mój braciszek, gdy po południu czekaliśmy razem w altance koło oczka wodnego na obiecane przez tatę lody. „To w takim razie Jego tam nie było!” – stwierdził wyraźnie rozczarowany.
„A dlaczego teraz nie płaczesz, skoro nie ma mamusi?” – zapytałam, gdyż postanowiłam wykorzystać mój kobiecy geniusz i wrodzony talent wychowawczy. „Przecież mamusia jest!” – krzyknął Konradek wyraźnie zaniepokojony i na wszelki wypadek spojrzał w kierunku domu. „Tam w kuchni!” – dodał, jakby upewniając samego siebie. „A może sobie poszła i już do nas nie wróci?” – próbowałam znowu zasiać niepokój w sercu braciszka. „Mamusia nas kocha i dlatego nas nigdy nie zostawi!” – powiedział stanowczo. „Jak nie wierzysz to idź i sama sprawdź” – dodał wyraźnie rozzłoszczony.
„Nie muszę sprawdzać, bo dobrze wiem, że mama nigdzie sobie nie poszła i że jest z nami, chociaż jej nie widzimy” – uspokoiłam braciszka. „Jeśli ktoś nas kocha, to jest z nami obecny nawet wtedy, gdy go nie widać. Tak właśnie jest z Panem Jezusem, rozumiesz?” – dodałam, aby mój braciszek nie miał już nigdy wątpliwości.

List od Matteo

20 czerwca, piątek

Tym razem pan listonosz nie musiał się tłumaczyć. List z Włoch nie był przepakowany i nie było na nim napisu: „ubytek wagi”. To był list od Matteo. Zgodnie z obietnicą napisał trochę po polsku i trochę po włosku. „Najgorszy był pierwszy dzień we Włoszech. Gdy wszedłem z rodzicami do domu, to okazało się, że tam jest dużo dzieci i wychowawców. Myślałem, że znowu oddali mnie do sierocińca. Na szczęście wieczorem okazało się, że to byli tylko goście i wreszcie zostałem sam z rodzicami” – donosił nasz mały przyjaciel, zręcznie posługując się wieloma błędami ortograficznymi, których nie odważam się tutaj przytoczyć.
Drugą część listu napisał pan Michał Anioł, to znaczy Michelangelo. Z pomocą słownika przetłumaczyłam, że z żoną i synkiem przyjadą do nas na cały sierpień. Chcą, aby Matteo nie zapomniał polskiego i żeby oni lepiej nauczyli się naszego języka. Codziennie od rana do wieczora będą nam pomagać przy zbieraniu jabłek, byle tylko ktoś cały czas rozmawiał z nimi po polsku. Oczywiście zgłosiłam się pierwsza na ochotnika!
Konradek też się ogromnie ucieszył z tych wiadomości. Powiedział, że w tej sytuacji zgadza się, aby wujek Bóg jeszcze wyjątkowo w tym roku zesłał nam dobry urodzaj w sadzie. Zdaje się, że poszedł Mu to powiedzieć osobiście, bo za chwilę zniknął w swoim pokoju.

PS. Po południu odwiedził mnie Dominik i powiedział, że Tomek nie zdał do następnej klasy. Dodał też – oczywiście pilnie oglądając podłogę w naszym salonie – że postanowił w czasie wakacji pomagać Tomkowi w odrabianiu zaległości z tych przedmiotów, z którymi jego kolega ma największe problemy. Wtedy chyba po raz pierwszy powiedziałam Dominikowi, że jestem z niego dumna.

Mój tatuś jest księciem

23 czerwca, poniedziałek

Dzisiaj było święto mojego tatusia! To znaczy wszystkich tatusiów! Tym razem to ja wyprzedziłam Konradka i pierwsza rzuciłam się tacie na szyję. Wręczyłam mu laurkę i podziękowałam mu za to, że mnie tak bardzo kocha i że z nim zawsze czuję się bezpieczna. „Nie martw się, tato, że nie jesteś kobietą i że nie masz naszego kobiecego geniuszu. Przecież i tak możesz dużo nauczyć się ode mnie i od mamusi!” – szczerze go pocieszałam.
„A to jest laurka dla ciebie. Narysowałam tutaj ciebie jako wspaniałego księcia” – wyjaśniłam z dumą, a serce waliło mi ze wzruszenia chyba tak mocno, jak wtedy, gdy opuszczałam moje mieszkanie w mamusi brzuszku. „Bo wiesz, że prawdziwym księciem jest każdy mężczyzna, który sprawia, że kobiety stają się przy nim księżniczkami. Albo Perełkami!” – dodałam. Okazało się, że tego ranka byłam szybsza nie tylko od Konradka, ale także od tatusia. Pierwsza się rozpłakałam!

Miłość i szantaż

25 czerwca, środa

Pani Władzia zajrzała do nas po południu, bo zobaczyła Konradka, który stał przy furtce i popłakiwał. Okazało się, że rzucając oszczepem, znowu zdołał trafić w okno. Tym razem od garażu. Szyba rozpadła się na drobne kawałki. „Boję się co będzie, jak rodzice wrócą i się dowiedzą” – mój braciszek zwierzył się pani Władzi. „To trzecia szyba w tym tygodniu” – powiedział, robiąc sobie wyjątkowo szczery rachunek sumienia. „Tym razem rodzice przestaną cię już kochać” – stwierdziła stanowczym tonem pani Władzia i oddała Konradka w ręce babci.
„Jeśli rodzice przestaną mnie kochać, to ja ucieknę z domu! Tak groził Konradek przed godziną!!!” – rozpaczała babcia na widok powracających rodziców. Nawet nie zauważyłam, kiedy wyszedł z domu!” – dodała i zaczęła głośno szlochać. Odruchowo postanowiłam się do niej przyłączyć w opłakiwaniu mojego braciszka. Mamusia zresztą też.
W tym czasie tata zadzwonił na policję i poprosił sąsiadów, żeby ruszyli na poszukiwania. Ja z mamą miałam zostać w domu i dyżurować przy telefonie. Do nas powinny napływać wszystkie informacje o wynikach poszukiwań. Babcia modliła się cały czas w swoim pokoju przed naszym cudownym obrazem. Tata dzwonił do nas co chwilę. W pobliskim lesie nie znaleziono żadnych śladów. Teraz właśnie zaczynają przeszukiwanie stawu, do którego został wpuszczony karp, ocalony w Wigilię przez mojego braciszka. Po kolejnej godzinie tatuś wrócił do domu i wbiegł do salonu. Też miał łzy w oczach. Bez słowa przytulił mamusię i mnie. „Nie ma innego wyjścia” – powiedział takim strasznie dziwnym głosem. „Musimy wezwać na pomoc helikopter”.
„Nie, helikopter to nie!” – krzyknął Konradek wynurzając się z drzwi od piwnicy. „To wy mnie jednak nadal kochacie!? Mimo tej trzeciej szyby!?” – bardziej stwierdził niż zapytał mój braciszek. Zresztą nawet gdyby to było pytanie, to mama i tak by nie odpowiedziała. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. A tatuś podszedł do telefonu i zaczął dzwonić w różne miejsca, aby odwołać akcję ratowniczą. Zaczął od zawiadomienia policji. 
„A za te zaoszczędzone pieniądze od helikoptera, to możemy kupić na przykład lody” – trochę nieśmiało zaproponował Konradek, gdy wylądował w ramionach mamusi. „No bo przecież ja sam się znalazłem” – dodał jakby na usprawiedliwienie. W tym momencie dokonałam wielkiego odkrycia. Uświadomiłam sobie, że Konradek w ogóle się nie zagubił, gdyż go kochamy. No i że nigdy nie będę straszyć moich dzieci, że przestanę je kochać. Nawet jeśli trafią oszczepem w cztery okna naraz. I to z podwójnymi szybami! Bo przecież wycofanie miłości to jakby wydawanie na kogoś wyroku śmierci. To straszne, że taka kara śmierci nie została jeszcze zakazana w żadnym kraju świata.

Na ratunek Bogu

26 czerwca, czwartek

Tej nocy nikt poza Konradkiem nie mógł zasnąć. Rodzice, babcia i ja co chwilę zaglądaliśmy do jego pokoju. Tak jakoś odruchowo. Całowaliśmy go w zamknięte oczy i wracaliśmy do swoich pokojów. Na chwilę. Nad ranem pomyślałam sobie, że to nie my uratowaliśmy Konradka. Kiedy uwierzył, że go nadal kochamy i kiedy zdecydował się wyjść z piwnicy, to wtedy on uratował nas, ratowników.
Nagle uświadomiłam sobie, że każdy z nas może uratować Boga! Bo przecież On nas kocha nawet wtedy, gdy wybijamy szyby we wszystkich oknach świata i gdy przestajemy kochać samych siebie. A także wtedy, gdy się przed Nim chowamy. Po chwili wyobraziłam sobie coś cudownego, a może to był sen, że wszyscy ludzie wychodzą z piwnicy swego życia, że odzyskują swoje najpiękniejsze pragnienia i że wracają do Miłości.
Widziałam wyraźnie twarze tych ludzi. Były zmęczone, a niektóre strasznie poranione. Ale wszystkie były bardzo piękne i promieniowały radością. Całkiem jakby ich właściciele przekręcali życie już nie na trzecią, ale na czwartą stronę. „Ci ludzie uwierzyli w Miłość. Oni mnie uratowali” – odezwał się nagle do mnie Bóg. „Możesz już usnąć. Teraz ja będę czuwał” – dodał i zaśpiewał mi kołysankę.
Usnęłam. Obudziło mnie dopiero słońce, które radośnie głaskało mnie po twarzy. Było już prawie południe. Zdziwiło mnie tylko to, że poduszka pod moim prawym policzkiem jest zupełnie mokra.

Sejf miłości

1 lipca, wtorek

Dzisiaj zajrzał do nas na chwilę wujek Marek. Musiał zaraz jechać do Warszawy, bo od jutra ma tam jakiś międzynarodowy zjazd. W ten sposób rozpoczęłam z wyprzedzeniem świętowanie moich dwunastych urodzin. Ale przecież i tak dawno już minęło dwanaście lat, odkąd pojawiłam się w mamusi brzuszku.
Wujek Marek wie, że tatuś nazywa mnie Perełką. Chyba dlatego życzył mi dzisiaj, bym stawała się perłą, która jest przyjaciółką Boga i ludzi. No i która cieszy się własnym istnieniem! „Ale pamiętaj, że perły potrzebują szczególnej ochrony, bo wielu złych ludzi próbuje je wykraść i zagarnąć dla siebie” – powiedział. „Jedynym sejfem dla ludzkich pereł jest miłość. Najlepszym strażnikiem tego sejfu jest Bóg. A Jego zastępcą na ziemi są rodzice” – dodał.
Wujek Marek powiedział mi jeszcze, że ja też muszę codziennie czuwać nad tym sejfem miłości, który strzeże mojego losu i mojej przyszłości. „To jest taki sejf, Perełko, do którego można włamać się nie tylko z zewnątrz, ale także od środka” – powiedział i wręczył mi w prezencie książkę o tym, jak wygrać życie. A ja podziękowałam Bogu za to, że posyła nam księży, którzy pomagają budować takie sejfy miłości. On zresztą nie ma innego wyjścia. Musi nas strzec, bo przecież jesteśmy Jego prawdziwymi perłami. Bóg musi nam pomóc, abyśmy mogli Go uratować, chroniąc się do sejfu Jego miłości. Postanawiam, że będę czujna, jak tamte roztropne panny, które pochwalił Pan Jezus.  Trzeba przecież być bardzo czujnym, żeby nam nie zabrakło oleju w głowie.

Szczęśliwa mniejszość

3 lipca, czwartek

Ogromnie się ucieszyłam, że moje dwunaste urodziny mogłam przeżywać z całą rodzinką. Tylko prababcia Marysia towarzyszyła mi z tamtej strony życia. Dzisiaj było podobnie upalnie, jak przed rokiem. Mama jak zwykle przygotowała wspaniały tort bezowy i umieściła w nim dwanaście świec. Tym razem osobiście przyniosłam ten skarb do altanki, gdy tylko koleżanki i koledzy pojawili się na podwórku. Brakowało jeszcze Kingi, ale miałam nadzieję, że lada chwila do nas dołączy.
Rano moi rodzice, babcia i Konradek wycałowali mnie serdecznie i złożyli tak dużo życzeń, że mogłabym podzielić się nimi chyba z całą moją klasą. Tatuś mi powiedział, że nie wszystkie kobiety rozwijają swój kobiecy geniusz. „Perełko, życzę ci, abyś szła przez życie drogą mniej uczęszczaną. Niestety, nikt nie ma obowiązku być szczęśliwym, dlatego niektórzy ludzie wybierają drogę łatwiejszą i bardziej uczęszczaną. A później przeżywają straszne rozczarowania i bardzo cierpią” – powiedział. „Wiem o tym. Oni odwracają życie na bolesną stronę i chowają się przed Miłością” – powiedziałam, bo właśnie przypomniałam sobie mój sen z zeszłego tygodnia. „Kochana Marysiu, jeśli nauczysz się szlachetnej prozy życia,  to twoje życie stanie się poezją” – dodał jeszcze tata i znowu mnie serdecznie przytulił.
Jakże byłam dzisiaj ogromnie szczęśliwa! A także wdzięczna rodzicom i Bogu za to, że jestem po tej stronie życia, po której czuję się bezpieczna i kochana! Do pełni szczęścia brakowało mi tylko obecności Kingi. Nie pojawiła się do wieczora, a teraz jest już zbyt późno, żeby do niej zadzwonić. Zrobię to jutro z samego rana.

Wołanie o pomoc i strony życia

4 lipca, piątek

Trochę się bałam, że Kinga będzie jeszcze spać, a mimo to zadzwoniłam do niej już o siódmej rano. Telefon odebrała jej mama. Płakała. „Moja córka próbowała sobie wczoraj odebrać życie. Jest teraz w szpitalu. Lekarz powiedział, że dopiero jutro będzie można ją odwiedzić. Dzisiaj jest jeszcze zbyt osłabiona” – wyjaśniała łamiącym się głosem i coraz głośniej szlochała. Dostałam gęsiej skórki. Zaczęłam drżeć, a moje oczy nagle stały się całkiem mokre. „Strasznie mi przykro... Jutro ją na pewno odwiedzę... A dzisiaj się pomodlę...” – zdołałam tylko wyszeptać, zanim gardło całkiem mi zesztywniało.
Przez cały dzień co kilka minut zaglądałam do pokoju babci i modliłam się przed naszym cudownym obrazem. Przed chwilą też tam byłam, nim babcia poszła spać. A teraz taka dziwna myśl przyszła mi do głowy. Jutro odwiedzę Kingę i chcę dać jej jakiś szczególny znak, który pomoże jej odwrócić życie na prawą stronę. Już wiem, że każdy z nas może wiele razy odwracać życie na różne strony. Ale i tak za każdym razem przekona się, że znowu wylądował na prawej albo na lewej stronie. W świecie ludzi istnieją tylko dwie strony życia: ta, po której kochamy i ta, po której umieramy.
Wiem, że Kinga potrzebuje ode mnie jakiegoś bardzo osobistego znaku. Muszę zdobyć się na odwagę i zaryzykować. Inaczej ona nie uwierzy, że istnieje prawa strona życia. Inaczej nie uwierzy, że ktoś ją kocha i że ktoś na nią czeka. I może nie przejść na Bożą stronę życia. Może nie wrócić do Miłości. Może nie uratować ratowników. Może nie uratować Boga! To byłoby straszne!
Muszę dać Kindze jakiś znak z prawej strony życia. Ale okropnie boję się aż tak bardzo zaryzykować. Potrzebuję teraz dużo dobrej sklerozy, żeby zupełnie zapomnieć o samej sobie i o moim lęku. Mój kochany pamiętniku, chyba będziemy musieli się znowu rozstać. Ale jeszcze nie wiem, czy jutro wystarczy mi odwagi. I czy ty to wszystko zrozumiesz.

 

Spis treści

Początkująca nastolatka
Stanowcza deklaracja
Powrót mamy
Garden party
Czy pójdziemy do ZOO?
Wakacyjny kompromis
Rozstanie
Znowu w domu
Harcerze i wolność
Wysłuchana prośba
Rodzinna narada
Wniebobranie i tęsknota
Miłość z fantazją
Sprawiedliwy i mądry
Prawdziwa kobieta
Najgorsza z wojen
Ostrzeżenie
Rozczarowanie
Długodystansowiec
Teoria i praktyka
Ucieczka od pocałunków
Dyscyplina i ogon psa
Dodatkowa ciąża
Milczący Włoch
Sprostowanie
Drugi filar i anioł
Tolerancja
Wychować mężczyznę
Skandal na katechezie
Ciao!
Fatalne zauroczenie
Straszna transfuzja krwi
Wyrzucony z nieba
Eksperyment naukowy
Horoskopy dla roślin
Nieszczęścia chodzą parami
Najstraszniejsza choroba
Niespodziewane imieniny
”Harry Potter” dla dorosłych
Ludożerca
Drogowskaz, który chodzi
Koszmarny sen
Zagraniczna Polska
Walizka
Czyste ręce
Wdzięczność
Rasistowska dieta
Nietypowy król
Zakazane tematy
Szczepionka przeciw AIDS
Detektyw i schowek
Gdzie szukać prawdy?
Porwanie i okup
Jestem genialna
Bóg i płeć
W obronie kobiet
Polski Picasso
Dysleksja i dysgrafia
Diament przed śmiercią
Dziewczynka bez rękawiczek
Dziwne pomysły na zbawienie
Wigilijny karp
Szczególny wieczór
Ukrzyżowanie Dzieciątka Jezus
Najstraszniejsze męczeństwo
Orzeszek i zapałka
Podsłuch
Prawdziwy prorok
Okropna demokracja
Dobra skleroza
Zakochana pamięć
Rozmiary miłości
Koniec rasizmu
Która strona życia?
Nauczyciel, który jest przyjacielem
Znowu rozstanie
Fortepianowe sanki
Dwa w jednym
Dżem i ekologia
Smok, którego nie trzeba się bać
If I marry
Różańcowe zakochanie
Nieszczęsna genetyka
Michał Anioł i gwarancja
Preludium smutku
Największe kalectwo
Tylko trochę
Momo
Karnawał
Krzywa podłoga i tonący Titanic
Antykołysanka
Pani Władzia i feminizm
Superinteligencja
Deklaracja pomocy
Ważne pytanie
Pietruszkowe goździki
Wizytacja
Holowanie psów
Najkrótsza powieść świata
Prawdziwa asertywność
Kelner
Niemowlęta i przestępcy
Wyróżnienie i zaszczyt
Skuteczne kontrolowanie
Pozostał odchodząc
„Krzyż stał się bramą”
Love story
Zmartwychwstanie pragnień
Miłość nie męczy
Najstraszniejsza pułapka
Pacyfista nie bije silniejszych
Chore morze i ubytek wagi
Sędzia we własnej sprawie
Strusie i głowa w piasku
Przytulić się do Jezusa
Rewolucja w zoologii
Najpiękniejsze marzenie
Niezwykłe mieszkanie
Eksmisja
Rzeczniczka praw dziecka
Tatusio-mamusia
Ocalić Mozarta
Twarz Małego Księcia
Bajka, magnetofon i kolana
Miłość i obecność
List od Matteo
Mój tatuś jest księciem
Miłość i szantaż
Na ratunek Bogu
Sejf miłości
Szczęśliwa mniejszość
Wołanie o pomoc i strony życia